Bałtowie
"Jeżeli będziesz ciągle myślał o tych swoich Bałtach i o
obozach, to wiesz, co się stanie?" - zapytał mnie w Warszawie mój przyjaciel od
niedawna wielbiący bez zastrzeżeń mądrość dialektyczną Centrum. "Przeżyjesz swój
wiek i staniesz przed obliczem Zeusa, a ten wyciągnie do ciebie palec - tu mój
przyjaciel zrobił groźny gest palcem wskazującym - i krzyknie: Idiota!
Zmarnowałeś życie na zajmowaniu się głupstwami!"
To prawda, że trudno mi wyzwolić się od myśli o Bałtach. Coś
niecoś mogę jednak powiedzieć na swoje usprawiedliwienie. Zajmowanie się losem
narodów, których ciała podeptał słoń Historii, świadczy o usposobieniu
sentymentalnym i nie prowadzi na ogół do niczego - z tym mogę się zgodzić.
Wściekłość, jaką się czuje, czytając
pamiętniki z szesnastego wieku, w których autorzy - przeważnie księża - notują
niewysłowione okrucieństwa popełniane przez hiszpańskich konkwistadorów w
Ameryce, jest bezużyteczna. Nie wskrzesi ona Karaibów wymordowanych przez
gubernatora Ponce de Leon ani nie poda
garści strawy zbiegom z kraju Inków, ściganym w Kordylierach przez rycerzy
wojujących wiarą i mieczem. Zapomnienie okrywa zwyciężonych i ktoś, kto by zbyt
pilnie wczytywał się w rejestr minionych zbrodni, a co gorsza te
zbrodnie wyobraził sobie w ich szczegółach,
osiwiałby ze zgrozy albo stał się zupełnie obojętny. Że obszar nazywany Prusami
Wschodnimi był kiedyś zamieszkany przez naród Prusów, których spotka! z ręki
mówiących po niemiecku czcicieli Jezusa taki sam los, jaki spotkał Karaibów - znane jest historykom, ale w słowach
historyków nie ma rozpaczy matek i cierpień dzieci, co jest być może słuszne.
Cywilizacja używająca przydomka chrześcijańskiej zbudowana została na krwi
niewinnych. Szlachetne oburzenie na tych, co dzisiaj próbują stworzyć inną cywilizację, posługując się
podobnymi środkami, nie jest pozbawione faryzeizmu. Kartoteki zbrodni będą
przechowywane w miejscu ustronnym i bezpiecznym, a kiedy uczony przyszłych
czasów sięgnie, poprzez kurz i pajęczynę, do tych tomów, uzna owe czyny za drobne występki w porównaniu z
ogromem dokonanego dzieła. Bardziej prawdopodobne jest, że tych kartotek wcale
nie będzie, gdyż, zgodnie z postępem, dzisiejsi władcy wyciągnęli konsekwencję z
prostej prawdy, że co nie istnieje na papierze, nie istnieje w rzeczywistości.
Przypuśćmy, że tak się stanie. Jednakże nasz stosunek do
teraźniejszości różni się od naszego stosunku do przeszłości - czy ktoś uznaje
to za wadę, czy za zaletę. Żywy człowiek, chociażby oddalony o tysiące
kilometrów, nie da się tak łatwo usunąć z pamięci. Jeżeli jest poddawany
torturom, głos jego dosięga przynajmniej tych, którzy (co nie jest wcale dla
nich wygodne) mają żywą wyobraźnię. A jeżeli nawet ten człowiek już nie żyje, to
ciągle jest to jeszcze teraźniejszość, bo
ten, co go zabił czy wydał rozkaz zabicia, siedzi w jakimś punkcie kuli
ziemskiej za stołem, na stole jest chleb, wędliny i herbata, a jego dzieci
cieszą się przyniesionym przez niego prezentem. Wymaganie, żeby na to, co jest
teraźniejsze, patrzeć jako na przeszłość i
nie przejmując się, jak mówi mój przyjaciel, głupstwami, oglądać przez
historyczny teleskop dojrzewające owoce jutra - jest wymaganiem surowym. Jest
chyba jakaś miara, której nie wolno się pozbyć, bo w przeciwnym razie
dojrzewające owoce jutra okażą się zgniłe.
Fakt, że tak myślę, wynika z tego, że ostatnie dwa tysiące lat widziały nie
tylko zbirów, konkwistadorów i oprawców, ale że żyli i działali ludzie, dla
których zło było złem i jako takie musiało być nazwane. Masowe rzezie, terror rewolucji, obłęd złota, nędza klas
pracujących - tak, ale kto wie, do jakich te klęski doszłyby rozmiarów, gdyby
każdy uważał, że wypada milczeć i akceptować. Mnie się zdaje, że nie chcąc
akceptować, bronię lepiej owoców jutra niż mój przyjaciel, który akceptuje. Biorę na siebie ryzyko błędu i
płacę. Gdybym nie godził się na to ryzyko, zamiast tego, co piszę, pisałbym
teraz odę ku czci Generalissimusa. Przy opanowaniu métier poetyckiego złożenie dźwięcznego, rytmicznego hołdu
osobistości wybitnego męża nie jest szczególnie trudne (praca tego rodzaju
przypomina pracę nad przekładem).
Kraje bałtyckie -
Estonia, Łotwa i Litwa - leżą, jak wiadomo, na skraju
wielkiego kontynentalnego masywu. Zatoka dzieli je od
Finlandii, Morze Bałtyckie od Szwecji. Narody, które je
zamieszkują, nie są słowiańskie. Język Estów pokrewny
jest z fińskim. Zbliżone do siebie języki Litwinów i
Łotyszów są dotychczas zagadką dla uczonych: nie
wiadomo, skąd przywędrowały te plemiona, aby osiedlić
się w dolnym biegu Niemna i Dźwiny. Wiadomo tylko, że
wytępieni Prusowie używali podobnego języka. Z tych
trzech narodów tylko Litwinom udało się w przeszłości
stworzyć duże państwo, którego granice sięgały do
Dniepru, i utrzymać je przez czas pewien. Słabo
zaludniony obszar trzech krajów był poddany, od chwili
przyjęcia przez ludność chrześcijaństwa, silnej
kolonizacji - głównie niemieckiej i polskiej. Wskutek
kolonizacji powstała dwujęzyczność: istotni rządcy - a
byli nimi właściciele dóbr ziemskich - mówili po
niemiecku (Estonia i Łotwa) i po polsku (Litwa),
częściowo dlatego, że przybysze przynieśli ze sobą swój
język i obyczaje, częściowo dlatego, że miejscowe rody
przejęły język i obyczaje przybyszów; lud natomiast
używał języka rodzimego i przechował odrębną kulturę, wywodzącą się
z zamierzchłych czasów. Po pierwszej wojnie światowej trzy kraje przestały być
prowincjami rosyjskiego cesarstwa i uzyskały niepodległość. Radykalna reforma rolna usunęła wpływy
właścicieli ziemskich. Narodowe języki stały się językami nowych państw, a literatura i szkolnictwo
nawiązały do ludowych tradycji.
W roku 1939 ludność trzech krajów liczyła około sześciu
milionów, a więc nieco więcej niż ludność Chile, nieco mniej niż ludność
Szwecji. Były to kraje rolnicze, utrzymujące równowagę budżetów dzięki dobrze
zorganizowanemu eksportowi bekonów, jaj, masła, zboża i drobiu do Europy
Zachodniej. Pod tym względem przypominały Danię. Nie tylko zresztą pod tym
względem. Kto zna styl życia farmerów, łatwo uzyska obraz egzystencji na tym
nadbałtyckim terytorium. Dobrze rozwinięta spółdzielczość ułatwiała chłopu
sprzedaż jego produktów. Stopa życiowa mieszkańców, sądząc z ich wyglądu, ich
domów, ich sposobu odżywiania się, była wyższa niż w innych państwach Europy
Wschodniej, z wyjątkiem może Czechosłowacji.
Estończycy i Łotysze byli w przeważającej większości protestantami, Litwini -
katolikami. Wszystkie trzy narody cechował zaciekły patriotyzm, posuwany często
do szowinizmu - co znajduje wytłumaczenie w przeszłości, twardej dla tych
ludów. Militarnie wszystkie trzy kraje były
bezbronne.
Los trzech krajów rozstrzygał się w rozmowach pomiędzy
Mołotowem i Ribbentropem. W jesieni 1939 roku Mołotow zażądał baz wojskowych.
Rządy krajów bałtyckich skwapliwie udzieliły swojej zgody (prasa poświęciła
wtedy wiele artykułów trwałej, niezłomnej przyjaźni z potężnym i dobrotliwym
wschodnim sąsiadem). W czerwcu 1940 roku, pod pretekstem, że rządy nie
zapewniają należytego bezpieczeństwa żołnierzom sowieckim stacjonowanym w
bazach, Armia Czerwona przekroczyła granice
Łotwy, Litwy i Estonii. NKWD objął władzę, a dotychczasowy aparat państwowy
przestał istnieć.
Moja relacja o krajach bałtyckich nie jest zaczerpnięta z
książek czy pism. Pierwsze światło, jakie widziałem w życiu, pierwszy zapach
ziemi, pierwsze drzewo - były światłem, zapachem i drzewem tamtych okolic, bo
urodziłem się tam, w mówiącej po polsku rodzinie, nad brzegiem rzeki o
litewskiej nazwie. Wydarzenia te są dla mnie tak żywe, jak żywe jest tylko to,
co czyta się z twarzy i oczu dobrze znanych nam ludzi.
Najazd Hiszpanów musiał być przerażającym doświadczeniem dla
Azteków. Zwyczaje zdobywców były niepojęte, obrzędy religijne niezrozumiałe,
drogi, jakimi chodziła ich myśl, nie do wyśledzenia. Inwazja Armii Czerwonej dla
Estończyków, Łotyszów i Litwinów była nie mniejszym wstrząsem. Wprawdzie starsi
ludzie pamiętali niewesołe czasy caratu - jednak to w niczym nie przypominało
caratu, było stokroć gorsze. W ciągu lat, jakie dzieliły Rosję od upadku caratu,
nie zbliżyła się ona do Europy, ale oddaliła
- ku zasadom organizacji społeczeństw nigdy w Europie nie znanym. Myśli i
reakcje zdobywców były równie obce dla podbitych, jak arkana teologii
katolickiej i pojęcie kastylskiego honoru dla Azteków.
Zarządzono wybory do parlamentu. Wybory te nie przypominały
jednak w niczym instytucji znanej dotychczas pod tą nazwą. Istniała tylko jedna
lista kandydatów wystawiona przez nowe władze. Dlaczego więc miasta i wsie
zasypane zostały ulotkami i broszurami propagandowymi, dlaczego głośniki
nawoływały w dzień i w nocy, po co udekorowane portretami samochody ciężarowe,
po co wieńce, wiece i trybuny? Jeżeli jest jedna lista i nie ma żadnego wyboru,
to po co propaganda? Ludność nic nie rozumiała. W dzień wyborów poszła jednak
gromadnie głosować. Należało pójść: po oddaniu głosu otrzymywało się w
paszporcie pieczątkę. Brak takiej pieczątki w paszporcie oznaczał, że jego
właściciel jest wrogiem ludu - okazał złą wolę, nie chciał głosować. Wprawdzie
ludność - naiwna - starała się oddawać kartki podarte, zabazgrane, tak aby głosy okazały się nieważne.
Uznawano je jednak za ważne i oznaczające "tak". Wynik był imponujący. Pierwszym
aktem tak wybranych parlamentów stała się prośba o włączenie republik do Związku
Sowieckiego. Prośbie tej stało się zadość.
Jednym z nowo wybranych posłów do litewskiego parlamentu był
towarzysz mojej wczesnej młodości. Przepłynęliśmy z nim kanadyjką wiele
dziesiątków kilometrów różnymi rzekami Europy, topiliśmy się w wodospadach,
wędrowaliśmy niedostępnymi ścieżkami górskimi, razem witaliśmy wschody słońca w
dolinach Szwarcwaldu i między zamkami Nadrenii. Na kilka lat przed wybuchem
drugiej wojny światowej stał się stalinistą. Chociaż pochodził z Warszawy i jego
obecność na terenie państwa litewskiego w początku wojny była mniej czy bardziej przypadkowa, kandydatura jego
została wysunięta (wobec znikomej liczby komunistów w tych krajach każdy był
chętnie używany), a ponieważ wysunięcie kandydatury równało się wyborowi, został
posłem. Dziwne to musiało być dla niego przeżycie: głosować za wcieleniem państwa, z którym nie
łączyły go żadne związki, do innego państwa, znanego mu tylko z literatury
propagandowej i urzędowych statystyk. Była to nowość, jakkolwiek odtąd miano się
w Europie Wschodniej oswoić z podobnym reprezentowaniem poszczególnych krajów przez obcych,
zmieniających nawet w razie potrzeby nazwiska.
Tak więc mieszkańcy krajów bałtyckich zostali
obywatelami sowieckimi i musieli podporządkować się przepisom obowiązującym innych. Z
punktu widzenia nowych władz ta masa ludzka, żyjąca zresztą na poziomie, w porównaniu
z którym poziom życia innych obywateli Związku był nędzarski, przedstawiała
się jako skandal, jako zabytek zamierzchłej przeszłości. Należało ją
poddać wychowaniu. Więzienia się zapełniły, a wkrótce rozpoczęły się masowe deportacje pewnych
kategorii mieszkańców do obozów pracy, kopalń i kołchozów w głębi Związku, przeważnie
do rejonów polarnych. W roku 1941 obszar ten zajęła armia niemiecka.
Naziści przystąpili z kolei do wymordowania kategorii ludności, którą zgodnie ze swoją doktryną uważali
za niepożądaną, to jest wszystkich Żydów, niezależnie od ich
przynależności klasowej, wieku i płci. Zadanie to wykonali z dużą precyzją.
Równocześnie wywozili do Rzeszy dużą liczbę przymusowo werbowanych robotników. W roku 1944 kraje bałtyckie ponownie
zajęła Armia Czerwona i Centrum przystąpiło do upodobnienia tego obszaru do
innych obszarów państwa. Najpilniejszym zadaniem było zniszczenie dotychczasowej
struktury rolnej, opartej na zamożnych gospodarstwach chłopskich. Kolektywizacja natrafiła jednak na
znaczne przeszkody. Metoda "pogłębiania walki klasowej na wsi", to jest
wykorzystania antagonizmów pomiędzy biednymi i bogatymi chłopami, dawała słabe
wyniki; duża ilość broni pozostałej po działaniach wojennych i wyćwiczenie w
partyzantce zachęcały do oporu. Chłopi uciekali w lasy i tam tworzyli zbrojne
oddziały. Ekspedycje karne otaczały wsie i zabijały tych, co pozostali w domu.
To wzmagało tylko opór, bo nieraz cała ludność okolicznych wsi, z dziećmi i kobietami, wolała przyłączyć się do partyzantów
niż narażać się na pewną zgubę. Wobec wrogich nastrojów ludności należało uciec
się do radykalnego środka, to jest do masowych obław, ładowania w wagony i
wywozu na nie zaludnione obszary Euro-Azji.
Lata, w których Europa Zachodnia zaczęła zażywać niepewnego i przerywanego
chwilami paniki pokoju, nie były pokojowe dla krajów bałtyckich. Wsie, których
mieszkańcy uciekli, zostali zabici albo wywiezieni, stały puste i obrabowane,
wiatr gwizdał w wybitych oknach i wyważonych
drzwiach. "Hitlerzy przychodzą i odchodzą, ale narody pozostają" - powiedział
On, kiedy był już pewien zwycięstwa nad Niemcami. W stosunku do mniejszych grup
ludnościowych zdanie to powinno być raczej zmienione na inne: "Narody
przychodzą i odchodzą, ale kraje pozostają".
"Litwa to budiet, no Litowcow nie budiet" - powiedział w roku 1946 w rozmowie
dygnitarz Centrum.
Ile ludności straciły te kraje, zanim ich gospodarcza struktura
została przystosowana, to jest do roku 1950 - nie wiem i chyba nikt nie zna
statystyki. Wskaźnikiem mogłaby być liczba przybyszów z głębi Związku,
kierowanych nakazem na miejsce opróżnione z tubylców. Proces nie jest
zakończony. Na wieś przywożeni są kołchoźnicy, do miast kadry administracji i
ich rodziny. W miastach słyszy się więcej
języka rosyjskiego niż estońskiego, łotewskiego czy litewskiego. Wśród władz
partyjnych i wyższych urzędników przeważają nazwiska rosyjskie, a z nazwisk
miejscowych część jest przybranymi na doraźny użytek pseudonimami. Ludność Związku powinna być przemieszana: tylko
roztapiając poszczególne narodowości "w rosyjskim morzu", osiągnie się cel - to
jest jedną kulturę i jeden język uniwersalny. Terytorium łączące kiedyś państwa
bałtyckie z Niemcami, to jest pogranicze Prus Wschodnich, zostało zasiedlone ludnością rdzennie
rosyjską; tamtejsze większe miasto Koenigsberg, w którego murach urodził się i
spędził całe swoje życie Kant, przemianowane zostało na Kaliningrad i nie różni
się już od Tuły czy Samary. Z wysp położonych przy brzegach Estonii estońscy rybacy nie wyruszają
już na połów. Kocioł, w którym gotują się narody bałtyckie, powinien być
szczelnie zamknięty. Szkoły i uniwersytety oczywiście używają języków rodzimych.
Również książki. Niszczenie narodowości nie jest przecież celem. Celem jest niszczenie klasowego
wroga. Kiedy młodzież nauczy się po litewsku, estońsku czy łotewsku, jak być
dobrymi patriotami Związku i jak należy cenić wszystko, co pochodzi z Centrum,
język rosyjski wyjdzie zwycięsko z konkurencji i przejdzie się do wyższej fazy świadomości*.
Skądże tu powód do gniewu? Światek krajów bałtyckich był to
światek znany z wiejskich obrazów Breughla. Ręce ściskające szklanice,
roześmiane czerwone gęby, niedźwiedzia ociężała dobroduszność, cnoty chłopskie:
pracowitość, gospodarność, zapobiegliwość, i grzechy chłopskie: chciwość,
skąpstwo, ciągła troska o przyszłość. Proletariat był nieliczny, przemysł słabo
rozwinięty, reforma rolna rozdzieliła większą własność rolną pomiędzy chłopów.
Czemuż by to miało trwać? Niewybaczalny
anachronizm kułactwa musiał być zniszczony, a stopa życiowa obniżona, tak aby
zrównała się ze stopą życiową ludności w reszcie Związku. Co do drastycznych
metod, to ostatecznie każdy musi kiedyś umrzeć. Załóżmy, że znaczny
procent ludności został zniszczony przez
dżumę, a nie przez ekspedycje karne. Z chwilą kiedy uznamy historyczną
konieczność za rodzaj dżumy, przestaniemy ronić łzy nad losem ofiar. Dżuma czy
trzęsienie ziemi nie wywołują na ogół oburzenia. Stwierdza się
katastrofę, odkłada się gazetę i je się
dalej spokojnie śniadanie. Bo buntować się można tylko przeciwko komuś. Tutaj
tak samo nie ma nikogo. Ludzie dokonali tego w pełnym przeświadczeniu, że
wypełniają historyczną powinność.
A jednak list, który miałem w ręku, był przykry. Pochodził od
rodziny deportowanej w marcu 1949 roku z jednego z krajów bałtyckich na Syberię
i adresowany był do krewnych w Polsce. Rodzina składała się z matki i dwóch
córek. List opisywał sucho i zwięźle prace, jakie wykonywały w
kołchozie za Uralem. Końcowe litery
poszczególnych linijek były lekko zgrubione, i czytając pionowo, otrzymywało się
słowa "wieczne niewolnice". Jeżeli taki list przypadkowo trafił do mnie
(odwiedziłem człowieka, który go otrzymał, przecie nie wiedząc nic o
liście) - to ileż innych, podobnie
zamaskowanych oznak rozpaczy dotarło do osób, które nie zrobiły z nich, bo nie
mogły zrobić, żadnego użytku. I, obliczając matematycznie, ile takich listów
zostało nie napisanych i iluż tych, co mogli byli je napisać, umarło w nieprzyjaznych strefach Północy z głodu i
przepracowania, powtarzając sobie te beznadziejne słowa: "niewolnik na
wieczność"?
Matka i dwie córki, jeżeli żyją, noszą w tej chwili może wodę
ze studni i matka martwi się niedostateczną porcją chleba otrzymywaną przez nie
jako zapłata. Może nachodzi ją też troska o przyszłość córek. Mieszkaniec New
Yorku przeniesiony do wioski w Kongo czułby się tak mniej więcej jak Bałt za
Uralem: taka jest różnica w czystości, higienie i najbardziej nawet
powierzchownych znamionach cywilizacji. Ci,
co byli tam, potwierdzą, że nie kłamię. Matka umrze, ale córki muszą pozostać na
zawsze, bo z takich deportacji nie ma powrotu. Będą musiały wyjść za mąż i
zamknąć w sobie coś, co jest niezrozumiałe dla otoczenia, coś, czego nie będą zdolne przekazać swoim mówiącym po rosyjsku
dzieciom.
Możliwe, że ani
matka, ani córki nie odznaczały się szczególnymi
zaletami. Matka chodziła z grubą książką do nabożeństwa
co niedziela do kościoła, ale w domu była piekielnicą i
okazywała chorobliwe skąpstwo. Córki miały w głowie
tylko fatałaszki i sobotnie tańce na murawie, lubiane w
ich rodzinnych stronach. Nie czytały żadnej
poważniejszej książki, obce im były nazwiska Platona i
Hegla, Marksa i Darwina. Wywieziono trzy kobiety, bo
były kułaczkami. Ich farma miała około trzydziestu
hektarów ziemi. Korzyść dla ludzkości z ich spokojnego
życia na gospodarstwie była, poza pewną liczbą
kilogramów wyprodukowanego sera i masła, minimalna.
Powstaje pytanie: wolno czy nie wolno zniszczyć trzy
takie istoty w imię wyższych celów? Murti-bingiści
odpowiadają, że wolno. Chrześcijanie i
pseudochrześcijanie, że nie wolno. Ani jedni, ani drudzy
nie są całkowicie konsekwentni. Dziewięćdziesiąt procent argumentów, używanych przez murti-bingistów w
ich propagandzie zwróconej do szerokich mas, powołuje się na krzywdę
człowieka. Na dnie ich emocjonalnych sloganów zawsze tkwi apelowanie do moralnego
oburzenia. Chrześcijanie twierdzą, że nie należy nikogo krzywdzić, bo każdy człowiek jest
cenny, ale wygłosiwszy tak piękną opinię nie kiwną już palcem,
żeby mu pomóc. Nie tylko nie obchodzi ich los Bałtów, ale są
obojętni na inne rodzaje zniszczenia niż obławy
i przymusowe wysyłki. Na przykład śmierć duchową szerokich mas, w dzień
ciężko pracujących, wieczorem skazanych na truciznę kina i telewizji, uważają
za rzecz całkiem normalną.
Pablo Neruda,
wielki poeta Ameryki Łacińskiej, pochodzi z Chile.
Tłumaczyłem wiele jego wierszy na polski. Cieszyłem się,
kiedy udało mu się uciec z rodzinnego kraju przed
aresztowaniem. Pablo Neruda jest komunistą. Wierzę mu,
kiedy pisze o nędzy swojego ludu, i cenię go za jego
wielkie serce. Ponieważ Neruda, pisząc, myśli o swoich
braciach, a nie o sobie, dana mu jest w nagrodę potęga
słowa. Kiedy jednak przeciwstawia obłędowi świata
kapitalistycznego szczęśliwe, radosne życie ludzi
Związku Sowieckiego, przestaję mu wierzyć. Wierzę mu,
dopóki pisze o tym, co wie. Przestaję wierzyć, kiedy
zaczyna pisać o tym, co ja wiem. Oto jest rozbieżność
pomiędzy wyznawcami ze Wschodu i wyznawcami z Zachodu.
Komunista z Zachodu potrzebuje wizji złotego wieku,
który już
realizuje się na ziemi. Murti-bingista ze Wschodu dokłada
wszelkich starań, aby tę wizję w umysłach ugruntować, ale nie zapomina, że jest
to użyteczne kłamstwo. Rozumowanie jego jest
poprawne. Rozmaite rewolucje znały momenty terroru zastosowanego wobec
przeciwników nowego porządku. Nikt dzisiaj nie płacze nad francuskimi
arystokratami, których głowy spadły na gilotynie. Dotychczasowe rewolucje były
jednak drobnymi wydarzeniami w porównaniu z
rewolucją, jaka dzisiaj się dokonuje. Zmierzały one do obalenia nielicznej
klasy, stojącej w poprzek dążeniom twórczych i sztucznie hamowanych sił.
Dzisiejsza rewolucja nie może się zadowolić chwilą terroru potrzebną do
utrwalenia nowej władzy. Walka klasowa trwa,
dopóki ekonomiczna podstawa, na której może opierać się wróg klasowy, nie
zostanie usunięta: przedmiotem działania rewolucji są wielomilionowe masy
drobnych wytwórców, to jest chłopów i rzemieślników, jak również prywatnych
sprzedawców usług. Stały opór ze strony tych
mas, krnąbrność ich psychiki korzystającej z każdej okazji, aby odradzać dawne
formy gospodarki, wymaga stanowczych środków. Należy do tego dodać, że rewolucja
zwyciężyła w kraju zacofanym i że w każdej chwili, od roku 1917, grozi regresja, czy to w postaci wewnętrznego
rozkładu, czy zbrojnej interwencji z zewnątrz. Zrozumiałe jest więc, że chwila
terroru dawnych rewolucji rozciąga się w rewolucji Największej na długie
dziesiątki lat. A gdzie jest terror i nędza, nikomu nie może być dobrze. Złoty wiek należy do
przyszłości. Centrum obwieściło, że jest już na etapie zrealizowanego socjalizmu
i dąży do następnego etapu, to jest komunizmu. Trzeba więc oczekiwać nowego
etapu. Moment obecny, oglądany z dystansu, na przykład z roku 2950, wyda się równie krótki, jak nam
wydają się lata terroru rewolucji francuskiej, a liczba dwustu czy trzystu
milionów ofiar nie wzbudzi większego zainteresowania niż ileś tam tysięcy
francuskich arystokratów.
Wyobraźmy sobie
spotkanie dwóch przekonanych zwolenników Centrum (opis
opieram na starannej obserwacji podobnych spotkań).
Jeden z nich pochodzi ze Wschodu. Ma za sobą trzy lata
spędzone za bramami więzień i obozów pracy przymusowej
tam. Nie załamał się i nie zmienił swoich przekonań.
Jakkolwiek był niewinny, uważał, że gdzie drwa rąbią,
tam wióry lecą, i że mniejszy czy większy procent
niewinnych wśród jego współwięźniów nie dowodzi niczego:
lepiej jest skazać dwudziestu niewinnych niż wypuścić
jednego szkodnika. Przetrzymanie zwycięsko tej próby
jest źródłem siły moralnej dla niego i szacunku, jakim
cieszy się wśród kolegów z Partii. Wie on, że kraj,
który poznał dobrze od strony maszynerii ukrytej za
sceną, jest padołem nędzy i zgrzytania zębami. Jednak
pewność historycznej konieczności i wizja odległych
owoców jutra sprawiają, że rzeczywistość istniejąca w
ciągu kilku dziesiątków lat nie wydaje mu się
szczególnie ważna. Drugi jest komunistą zachodnim. Uwaga
jego jest zwrócona przede wszystkim ku nieprawościom
ustroju, w którym żyje. Pełen jest szlachetnego
oburzenia i tęsknoty do realizacji odbywającej się tam,
skąd przyjeżdża jego towarzysz. Towarzysz patrzy na
niego życzliwie i słowa, jakie wypowiada, ściśle
odpowiadają oczekiwaniom. Czasem tylko w oczach ukaże
się ledwie dostrzegalna iskierka humoru. To jest
ludzkie, nie można mieć do niego o to pretensji. Humor
jest lekko zaprawiony zawiścią. Moralne oburzenie i
entuzjazm tamtego są już dla niego nieosiągalnym
luksusem moralnej wygody. Gdyby człowiek, który
z nim rozmawia, wiedział
, gdyby przeżył to co on, jak by wyglądała jego wiara? Doświadczenie
wykazało, że większość tych zachodnich nie wytrzymuje nerwowo dłuższego pobytu w
Centrum. Dawka jest dla nich za mocna. Mogą być bardzo użyteczni jako
misjonarze wśród pogan albo wtedy, gdy ich
kraj jest zajęty przez armię wyzwalającą. Kiedy nie ma odwrotu, ich wewnętrzne
wątpliwości nie zrobią już sprawie większej szkody.
Wspomniałem o
Nerudzie. Zagadnienie Bałtów jest dziesięć razy
ważniejsze dla każdego współczesnego poety niż sprawy
stylu, metryki i metafory. Jedyną poezją godną tej nazwy
jest dzisiaj poezja eschatologiczna, to jest taka, która
zaprzecza dzisiejszemu nieludzkiemu światu w imię
wielkiej przemiany. Czytelnik szuka nadziei i nie dba o
poezję, która pojmuje to, co go otacza, jako
stałe
. Jeżeli ktoś jest obdarzony tym
bliżej nie zbadanym wewnętrznym ładunkiem, jaki nosi nazwę poezji - nie zdoła
się oprzeć powszechnemu oczekiwaniu i będzie szukał, przewracając się, wstając,
znów padając i dźwigając się na nowo, bo wie, że taki jest jego obowiązek.
Poezja rewolucjonistów stoi na ogół wyżej artystycznie niż poezja artystów
kameralnych, bo treść bliska pragnieniom ludzkim wyzwala słowa z powijaków
przejściowej literackiej mody. Słabość poezji rewolucyjnej pojawia się tam, gdzie zaczyna ona
sławić upragnioną przyszłość jako już dokonaną czy dokonującą się w części kuli
ziemskiej. Trudność aprobaty nie polega na tym, że "pozytywne" wartości są
sprzeczne z samą zasadą literatury. Trudność aprobaty polega na tym, że aby aprobata była skuteczna,
musi być oparta na prawdzie. Niezgodność słów z rzeczywistością mści się, nawet
jeżeli autor działa w dobrej wierze. Sentymentalizm, to jest takie
eksploatowanie uczuć, że stają się one celem samym w sobie, w oderwaniu od przedmiotu, który je spowodował,
nie prowadzi do dobrego pisania. Rzeczywistość sprawdza literaturę prędzej czy
później. Przemyślne sposoby całkowitego izolowania się od rzeczywistości,
praktykowane przez pisarzy murti-bingistów,
są zastanawiające. Znany jest mi poeta, który po pakcie Mołotow-Ribbentrop i
wybuchu drugiej wojny światowej znalazł się w jednym z miast zajętych przez
Armię Czerwoną. Poeta bardzo bał się, bo w mieście przeprowadzano liczne
aresztowania i coraz to ubywał ktoś z jego
przyjaciół i znajomych. W panice zasiadał do pracy i spod jego pióra wychodziły
pogodne poematy, przedstawiające błogosławieństwa pokoju i entuzjazm
socjalistycznego budownictwa. Zapamiętałem wiersz, w którym pochwalał
"szczęśliwe, zamożne kołchozy" Ukrainy sowieckiej. W kilka miesięcy później,
kiedy armia niemiecka rozpoczęła inwazję, ludność "szczęśliwych, zamożnych
kołchozów" witała Niemców jako oswobodzicieli spod jarzma i dopiero bezmyślne
okrucieństwa zdobywców przekonały ją, że była w błędzie. Co nie jest żadnym argumentem przeciwko
ustrojowi: parę dziesiątków lat jest zbyt krótkim okresem wychowawczym. Jest to
natomiast argument przeciwko wierszom poety.
Dwoistość miar etycznych, stosowanych do tego, co dzieje się
poza Imperium i w jego granicach, uniemożliwia uczciwą literaturę. Rozumowanie
dialektyczne może być zupełnie w porządku, ale sztuka nie rodzi się z
rozumowania dialektycznego: czerpie ona ze znacznie głębszych i bardziej
pierwotnych pokładów, złożonych w człowieku przez pokolenia. Ten fakt może być nie na rękę
rządcom-filozofom, którzy by chcieli widzieć literaturę czysto dialektyczną,
karmiącą się zrozumieniem historycznych procesów. Niemniej to, co nagradzają
jako literaturę, jest tylko jej pozorem. Uczucia wciśnięte przemocą pod powierzchnię zatruwają całe dzieło i
nadają mu połysk fabrykatu. Ten połysk ostrzega odbiorcę: uwaga, produkcja
seryjna. Najszlachetniejsze słowa mają wtedy martwotę ornamentu.
Przypuśćmy, że
uznajemy niezbędność terroru w okresach rewolucji i że
Bałtowie, jako grupa antyrewolucyjna, powinni być w
niezbędnym stopniu zniszczeni. Zaraz jednak powstaje
wątpliwość, czy można stawiać znak równania pomiędzy
terrorem chwilowym, improwizowanym, i terrorem trwającym
długo. Nie wiadomo, czy oglądając z perspektywy
tysiącleci wypadki naszego wieku, ktoś uzna gilotynę i
wywózki całych grup narodowościowych, praktykowane w
ciągu kilkudziesięciu lat, za zjawiska tożsame. Rok i
dziesięć lat nie równają się sobie. Element czasu
zmienia jakość czynów. Terror uprawiany długo wymaga
stałego aparatu i zyskuje trwałość instytucji.
Wywiezieni mogą chcieć uciekać. Krewni wywiezionych nie
są bynajmniej zachwyceni i wskazane jest włączyć ich na
następną listę. Rodziny krewnych są elementem niepewnym
i można je utrzymać w ryzach tylko przy pomocy strachu,
że spotka je podobny los. Ponieważ chłopi, z których
uczyniono siłą pracowników kołchozów, pracują niechętnie
i są raczej obojętni na zyski nie płynące do ich
kieszeni, zachętą może być tylko strach. Strach jest
zresztą cementem społeczeństw znanym od dawna. W
gospodarce liberalno-kapitalistycznej strach przed
brakiem pieniędzy, przed utratą pracy, przed zejściem o
szczebel niżej na drabinie społecznej popychał człowieka
do wysiłków. Tutaj jednak pojawia się strach
nagi
. W mieście
kapitalistycznym, liczącym sto tysięcy ludności, na przykład dziesięć tysięcy
mogło przeżywać strach z powodu bezrobocia czy możliwości utraty pracy. Ten
strach przedstawia się im jako sytuacja indywidualna, tragiczna z
powodu obojętności i nieczułości otoczenia.
Jeżeli jednak sto tysięcy ludzi żyje stale w strachu, wytwarzają oni aurę
zbiorową, która ciąży nad miastem jak wielki obłok. Złoto alienuje człowieka od
niego samego, czyni go karłem. Nagi strach postawiony na miejscu kapitału alienuje człowieka nie mniej, a nawet
znacznie bardziej skutecznie.
Przeciwko władzy strachu przewidziane są środki: wychowanie
nowego człowieka, dla którego praca przestałaby być przekleństwem Adama, a stała
się radością i dumą. Olbrzymia literatura służy temu celowi. Pisma, książki,
film, radio mają za temat zarówno tę przemianę człowieka, jak budzenie
nienawiści do wrogów, którzy by tę przemianę chcieli uniemożliwić. W miarę jak
człowiek będzie uczył się wykonywać swoje obowiązki względem społeczeństwa dobrowolnie i z radością, dawki strachu
będą zmniejszane. Tak narodzi się wreszcie człowiek wolny.
Czy narodzi się
przy użyciu stosowanych metod, jest kwestią wiary.
Jeżeli wszystko na świecie jest poddane rozumowo
poznawalnym prawom, jeżeli wolność jest niczym więcej
niż zrozumieniem tej powszechnej racjonalnej
konieczności, jeżeli człowiek zdolny jest osiągnąć pełną
świadomość, dla której to, co konieczne, i to, czego
powinno się chcieć, są jednym i tym samym - wtedy nowe
wolne społeczeństwo jest możliwe w przyszłości. W tym
znaczeniu komunista, który spędził trzy lata w
więzieniach i obozach pracy przymusowej, był wolny,
ponieważ środki zastosowane wobec niego i jemu podobnych
uważał za racjonalne i konieczne. W tym też znaczeniu
mają rację pisarze demokracji ludowych, kiedy twierdzą,
że człowiek wolny już
narodził się, a jest nim człowiek sowiecki. Jeśli jednak
świadomość boska (dla bóstwa nie istnieje wybór, bo nie potrzebuje
wybierać, kto widzi wszystko jasno) nie jest człowiekowi dostępna, zawsze pewna część ludzi dokona wyboru błędnego
z punktu widzenia rządzących filozofów, a
osłabienie napięcia strachu będzie grozić przewrotem. Nagi strach więc będzie równie mało
skłonny do dobrowolnej abdykacji jak Kapitał. Młody człowiek w Moskwie, urodzony
i wychowany w nowym ustroju, jest na złej drodze, kiedy dokonuje
wyboru i sięga po Dostojewskiego, który
podobny dylemat rozwiązywał pesymistycznie.
Tymczasem jest jednak sprawa Bałtów. Postępowanie w stosunku
do nich nie jest bynajmniej bezmyślnym okrucieństwem. Los ich jest dokładnie
taki sam jak innych narodów mieszkających w granicach Związku. Nie widać powodów,
aby miano ich traktować inaczej. Jaskrawość wypadku polega na tym, że zostali
nagle włączeni i że byli zupełnie nieprzygotowani
do nowych warunków, bo nie przeszli przez żadne stadia pośrednie. Poza tym stali
znacznie wyżej cywilizacyjnie niż reszta obywateli i, nie będąc Słowianami, mają
trudności w uczeniu się języka rosyjskiego (widziałem w filmie sowieckim małą
Estonkę recytującą wiersze Puszkina; jej wymowa była bardzo śmieszna).
Niewątpliwie różnice narodowościowe są tutaj poważnym problemem.
Z chwilą
osiągnięcia zwycięstwa i stadium socjalizmu na całej
kuli ziemskiej narody mają stopniowo przestać istnieć;
wytworzyć się ma jeden język uniwersalny, który, jak
powiada On, nie będzie ani rosyjskim, ani niemieckim,
ani angielskim, a raczej stopem różnych języków. Można
przypuścić, że zanim się to dokona, na znacznych
obszarach globu przyjmie się już język rosyjski, który
zresztą będzie później stanowił podstawę nowego języka
uniwersalnego (mówi się przecież, że francuski był
językiem feudalizmu, angielski językiem kapitalizmu, a
rosyjski jest językiem socjalizmu). Istnienie narodów
nie nadaje się do racjonalnego uzasadnienia, natomiast w
obecnej fazie należy się z nim liczyć jako z faktem.
Wskazane jest popieranie rozwoju kultur narodowych, w
tym jednakże tylko stopniu, w jakim to przygotowuje
przejście do dalszej fazy. Co zbliża kulturalnie dany
naród z narodem rosyjskim, godne jest opieki. Również
godne jest opieki wszystko, co sprzyja utrwaleniu
ustroju. W dziedzinie naukowej można nawet zachęcać
narody do współzawodnictwa, pod warunkiem, że szacunek
dla prymatu nauki rosyjskiej będzie zachowany (w jednej
z demokracji ludowych odradzono delikatnie grupie
uczonych publikację wyników ich działań naukowych, gdyż
wyniki te były zbyt dobre i mogłoby to robić wrażenie
konkurencji z nauką rosyjską na tym polu). Stale trzeba
mieć przed oczyma cel odległy, to jest stopienie się
narodów w jedną całość. Z tego względu nacjonalizm
zasługuje na bezwzględne tępienie. Nacjonalizm można
określić jako przeświadczenie, że kultura narodowa
polega na "narodowej treści w narodowej formie", podczas
gdy wiadomo jest, że treść kultur narodowych była
dotychczas zawsze klasowa. Przeciwieństwem nacjonalizmu
jest formuła "kultura narodowa w formie, socjalistyczna
w treści", a ponieważ naród rosyjski dokonał rewolucji i
ustalił wzory kultury socjalistycznej, czerpiąc ze
swojego dorobku, nacjonalizm można też krótko określić
jako antyrosyjskość. Mniejsze grupy narodowościowe,
jeżeli chorują na antyrosyjskość, da się likwidować w
całości (np. z powodzeniem dało się wywieźć z Półwyspu
Krymskiego cały naród Tatarów krymskich). Jeżeli chodzi
o większe narody, proces walki z antyrosyjskością jest
rozłożony na długie etapy. Na Ukrainie można odnotować
znaczne sukcesy. Coraz więcej młodych pisarzy
ukraińskich przenosi się do Moskwy i pisze po rosyjsku.
Poeci i krytycy ukraińscy, którzy chcieli tworzyć
odrębną
literaturę ukraińską, już
nie żyją. Nie żyją też aktorzy, którzy byli dumni z narodowego teatru i posunęli
się zbyt daleko, chcąc współzawodniczyć z teatrem rosyjskim. W krajach
bałtyckich rzecz jest na jak najlepszej drodze. Co do demokracji ludowych, to schemat zastosowany
jest inny i długofalowy program, realizowany z powodzeniem, jest modyfikacją
doświadczeń zrobionych już dawniej.
Zadanie jest trudne, bo poszczególne narody są obciążone własną
przeszłością i skłonne uważać za swoją - kulturę klas posiadających, na przykład
narody bałtyckie - kulturę swoich kułaków. Przeciwstawiają tę kulturę kulturze
rosyjskiej. Jak można jednak porównywać! Naród rosyjski jest wielkim narodem;
nosił on w swoim łonie rewolucję, jak matka
nosi płód. Jego przeszłość, brzemienną w największe dokonanie w dziejach, tylko
bluźnierca zechce porównywać z przeszłością narodów, które zostały przez naród
rosyjski wyzwolone. Naród rosyjski jest zbawcą świata.
Żadnych okrucieństw się nie popełnia. Zabija się tych, których
trzeba zabić, torturuje się tych, od których trzeba zdobyć zeznania, deportuje
się grupy, które trzeba deportować. Jeżeli łatwo giną przeniesieni w obce sobie
warunki, to wina klimatu, ciężkiej pracy i niedostatecznego odżywiania - a tego nie można zmienić na obecnym etapie. Trudno
żądać, żeby kraj, który dźwiga na sobie tak wielkie posłannictwo, zaopatrywał
swoich więźniów tak jak Anglia swoich żołnierzy. Możliwe, że nie umieraliby
wtedy tak prędko, ale ich praca przestałaby się opłacać. A zresztą zanim żywność dotrze do więźniów,
administracja obozów ją rozkradnie. Wszystko zmieni się, kiedy stopa życiowa się
podwyższy. Wtedy i więźniom będzie lepiej.
Wywód powyższy nie jest pozbawiony godnej podziwu
dalekowzroczności. Narody Europy Środkowej i Wschodniej były nacjonalistyczne do
szaleństwa i gotowe masakrować się wzajemnie, byle zdobyć od swego sąsiada
skrawek terytorium. Dzisiaj widzą, jakie to było nierozsądne (co zresztą
prawdopodobnie nie powstrzymałoby ich od skoczenia sobie nawzajem do gardła, gdyby znikła kontrola
Centrum). Pod rządami Centrum godzą się na wzajemne ustępstwa: Polacy ustąpili
swoje terytoria wschodnie, Niemcy zaakceptowali linię Odra-Nysa, Czesi i Węgrzy
nie roszczą już pretensji do Rusi Zakarpackiej. W republikach znika zagadnienie mniejszości,
wszystkie one przejmują jednolity wzór gospodarczy i kulturalny z Centrum i
rzeczą, która je różni, jest jeszcze język. Trudno zaprzeczyć słuszności
wielkiego planu.
Jedynym kłopotem jest pacjent, który wyrywa się i krzyczy.
Flaubert w Madame Bovary opisuje operację
"pied bot
", przeprowadzoną przez doktora Bovary. Ten prowincjonalny
lekarz do spółki ze swoim przyjacielem, aptekarzem Homais, postanowił uleczyć
posługacza z miejscowej oberży, który był kulawy. Po wielu trudach dało się go
namówić, aby poddał się zabiegom. Doktor Bovary obłożył się podręcznikami
medycznymi i na jego polecenie skonstruowano drewnianą skrzynkę wagi ośmiu
funtów, zaopatrzoną wewnątrz w żelazne haki, śruby i skórzane siodełka. Operacja
udała się znakomicie, po czym nogę zaśrubowano w skrzynkę. "Chwała! Po trzykroć
chwała! - wykrzykiwał miejscowy dziennik. - Oto okazja, aby zawołać, że ślepi
przejrzą, a kulawi będą chodzić! Ale co niegdyś fanatyzm obiecywał swoim
wybrańcom, to nauka zapewnia dzisiaj
wszystkim ludziom!" Niestety po pięciu dniach z pacjentem zaczęło dziać się coś
niedobrego. Ryczał z bólu. Otworzono skrzynkę i stwierdzono, że noga jest
spuchnięta i pokryta wrzodami. Dwaj przyjaciele zdecydowali, że
widocznie zaśrubowana była za słabo.
Przykręcono śruby. A jednak pacjent miał się coraz gorzej. Lekarz wezwany z
sąsiedniego miasteczka stwierdził gangrenę i nogę amputował. Oczywiście Flaubert
był złośliwcem i wyszydzał kult postępu pana Homais. Nie oznacza to
bynajmniej, że operacje przeprowadzane przez
dobrych lekarzy nie mogą się udać. Zawsze jednak pozostaje wątpliwość, czy
lekarz, z którym mamy do czynienia, jest lekarzem dobrym.
"To wszystko jest właściwie nudne - powiedział mi dygnitarz
jednego z krajów demokracji ludowej. - Widziałem to już w Rosji. Etapy są z góry
wymierzone i następują po sobie z matematyczną dokładnością. Jedyne, co jest
ciekawe, to jak reaguje ludzki materiał".
Ludzki materiał zdaje się mieć szczególną cechę: nie lubi,
kiedy go się uważa tylko za ludzki materiał. Poczucie, że trzeba się całkowicie
poddać posunięciom ustalonym w Centrum i pozbyć się jakiegokolwiek wpływu na
zmiany, łatwe co prawda do logicznego wytłumaczenia ex post, ale zawsze zaskakujące - jest dla materiału
ludzkiego trudne do zniesienia.
System
parlamentarny może być w wielu wypadkach fikcją,
zapewniającą władzę zawsze tym samym grupom społecznym.
Niemniej możność pójścia do urn wyborczych i złożenia
swego głosu przeciwko komuś ma wartość ożywczego toniku.
Również udział w manifestacji wymierzonej przeciwko
jakiemuś ministrowi, akcja strajkowa czy czytanie prasy
opozycyjnej dostarczają chwil emocjonalnego wyładowania,
prawdopodobnie bardzo potrzebnych. Duma narodowa może
być uczuciem absurdalnym, ale duma koguta spacerującego
po własnym podwórku między kurami, nie mniej absurdalna,
jest biologicznie użyteczna. Zrozumieniu motywów
psychologicznych trzeba przypisać środki oddziaływania
na masy, zastosowane przez rządzące Centrum. Olbrzymie
pochody, sztandary, portrety wodzów; propagandę w czasie
wyborów, która z punktu widzenia zdrowego rozsądku jest
wyrzucaniem pieniędzy, bo jest jedna lista i wynik jest
z góry przewidziany; manifestacje nienawiści do wrogów.
Również duma narodowa jest wzięta pod uwagę: służyć jej
mają narodowe sztandary, codziennie podawane wiadomości
o osiągnięciach gospodarczych czy kulturalnych kraju,
nowych gmachach, szosach, kolejach i pomyślnym wykonaniu
planów produkcyjnych. Działanie jest skuteczne dzięki
powtarzaniu tych samych haseł. Brak jest jednak jakiegoś
nieuchwytnego elementu i materiał ludzki jest dręczony
przez poczucie fikcji. Nic nie jest
spontaniczne
. We własnej pracy zawodowej można uzyskać słuszną
dumę. Kiedy jednak sięga się dalej, wszystko jest zdeterminowane. Już nazajutrz może gdzieś w górze
zapaść decyzja usuwająca cały rząd, przesuwająca granice kraju - czy też pojawić
się nakaz, że należy nienawidzić tych, których wczoraj uważało się za
przyjaciół. Ujścia dla dumy narodowej są widocznie niedostateczne, skoro stan umysłów Estończyków,
Litwinów, Łotyszów, Polaków, Czechów, Węgrów, Rumunów i Bułgarów usprawiedliwia
przypuszczenie, że od zarzynania każdego Rosjanina, jaki nawinie im się pod
rękę, powstrzymuje ich tylko strach; i można sądzić, że również kadry partyjne tych krajów nie odmówiłyby
sobie tak dużej przyjemności. Można ubolewać nad zacofaniem tych narodów i
wyrażać nadzieję, że wychowanie socjalistyczne to zmieni. Nie należy jednak
zamykać oczu na przykrą rzeczywistość. Co gorzej, dałoby się podobne przypuszczenia snuć o narodach
cierpliwie i od znacznie bardziej dawna wychowywanych.
Włączenie krajów
bałtyckich dla mieszkańca Chile czy Meksyku wyda się
incydentem bez znaczenia. Co innego dla wielomilionowych
mas ludności demokracji ludowych. Od szeregu lat
rozważają one w myślach ten niezwykły bądź co bądź
postępek wielkiego mocarstwa, znajdujący analogię tylko
w polityce państw kolonialnych. Jeżeli wielki Związek
jest federacją i może wchłonąć dowolną liczbę republik,
to kiedyś musi przyjść kolej na inne kraje. Jeżeli to,
co tam się stało po włączeniu, ma być
prefiguracją
rzeczy, które nastąpią, to należy oczekiwać masowych
deportacji i zasiedlania miast i wsi przybyszami z głębi euro-azjatyckiego
kontynentu. Moment taki przedstawia się
świadomości obywateli krajów, o których propaganda lubi mówić jako o
suwerennych, jako Sąd Ostateczny. Włączenie krajów bałtyckich stało się poważnym
czynnikiem psychologicznym. Sporządzając swój codzienny rachunek słów i
uczynków, obywatel mierzy je nie tyle
doraźną ich użytecznością, ile tym, jak mu będą one poczytane w przyszłości, w
owym decydującym dniu.
Mój przyjaciel, który ostrzegał mnie przed gniewem Zeusa, jest
filozofem. Pędzi życie wśród książek i wie, że niezależnie od drżenia materiału
ludzkiego nie zabraknie mu pięknych wydań Lukrecjusza drukowanych w Moskwie. Im
bardziej będzie rosła Wielka Budowla, tym więcej będzie pojawiać się wydań
klasyków i człowiek mądry, gardzący nędzną współczesną literaturą,
zgarnie zawsze wiele słodyczy z historii
filozofii, z dawnych pisarzy i ze skomplikowanych a pasjonujących studiów nad
materializmem dialektycznym. W istocie nie może być nic lepszego dla filozofa,
niż żyć w kraju rządzonym przez ludzi, w porównaniu z którymi prezydenci, królowie i premierzy minionej ery byli zaledwie
improwizatorami. Każdy dzień upływa mu na wytężonej pracy umysłowej, a kiedy
spotyka się z podobnymi sobie, wie, że są to uczeni, którzy nie marnują czasu i
czerpią jak on z krynicy dialektyki. Spotkania tych ludzi nie mają w sobie nic z bezpłodnych i
nieobowiązujących dywagacji inteligentów. Są to spotkania naukowców społecznej
budowy. Mój przyjaciel nie wierzy w "filozofowanie". Człowiek jest zwierzęciem
społecznym, a jego myślenie jest odbiciem
ruchu materii. Poszukiwacze prawdy są pajacami, tym bardziej godnymi pogardy, że
usiłują zaprzeczać, jakoby to, co myślą, było tylko odbiciem historycznych
procesów. Są to reakcjoniści, gdyż służą interesom wrogim proletariatowi, który,
dźwigając się, z nieuniknioną koniecznością
wytworzył jedynie słuszną metodę dialektycznego materializmu. Zwycięstwo Związku
Sowieckiego jest równie pewne, jak pewne jest to, że drzewa wypuszczają liście
na wiosnę. Człowiek, który zrozumiał konieczność, jest szczęśliwy i wolny, bo poza zrozumieniem konieczności wszelka inna
wolność jest iluzją. Mój przyjaciel sądzi, że ci, którzy cierpią w nowym
ustroju, są sami sobie winni. Ludzie, którzy są przedmiotem aresztowań i
deportacji, to głupcy i nie należy ich żałować. Ich obciążenie przeszłością jest tak wielkie, że niezdolni są
zrozumieć praw rozwoju. Gdyby zrozumieli, nie spotkałoby ich nic złego i życie
ich byłoby twórcze i pogodne.
Mój przyjaciel
lubił mnie, bo widział we mnie wielki wstręt do
burżuazji, to jest do mentalności tępej i zamglonej, dla
której nie istnieją ostre obrazy zjawisk ujmowanych w
ich ruchu. Nie mylił się, przypisując mi wewnętrzny
płomień, który przez całe moje życie był przyczyną moich
cierpień. Zawsze tęskniłem do człowieka, który by był
twardy, jasny i czysty, a patrząc na człowieka, jakim
jest, odwracałem oczy ze wstydem i odwracałem ze wstydem
oczy od siebie, bo byłem do niego podobny. Cała moja
poezja była odrzucaniem
, pogardą dla siebie i
innych za to, że cieszą się tym, co jest
niegodne kochania, boleją nad tym, co jest niegodne bólu. Czyż więc nie
należałem przez to samo do nowych budowniczych świata, którzy mają wizję
człowieka o nadczłowieczej czystości? Byłem na pewno "dobrym poganinem", bo moja
zaciekłość była zaciekłością bolszewików.
Wszędzie poza krajami, które realizują nowego człowieka, musiałem poczuć się
bezdomny.
Posiadałem zadatki prawdziwego szczęścia. W odbudowywanej po
wojennych zniszczeniach Warszawie pracowałbym w zgodzie z prawami Historii,
sięgając wzrokiem w odległą przyszłość. Tłumaczyłbym Szekspira - jakąż rozkoszą
jest przełamywać opór języka i znajdować zdania równie zwięzłe jak zdania
oryginału! Przeprowadzałbym marksistowskie badania nad historią Anglii
szesnastego wieku. Zostałbym też, być może,
profesorem uniwersytetu. Od czasu do czasu ogłaszałbym wiersze świadczące o moim
przywiązaniu do Rewolucji i jej twórców. Zajmując się dialektyką i przebywając w
kręgach filozofów, mógłbym zresztą z dużą dozą lekceważenia traktować wysiłki
literatów, muzyków i malarzy, wiedząc, że
sztuka przez nich stworzona jest zła i nie ma na to rady. Słuchałbym Bacha i
czytałbym Swifta czy Flauberta.
A jednak zawiodłem mego przyjaciela. To, co mnie do tego
skłoniło, jest dla mnie samego trudne do rozwikłania.
Gdybym to umiał
zrobić, byłbym mędrcem i mógłbym słusznie zostać
nauczycielem filozofów. Myślę, że moje podświadome
motywy sięgają daleko wstecz, do pewnego zdarzenia,
które opiszę. W moich wędrówkach w początkach drugiej
wojny światowej zdarzyło mi się, co prawda na bardzo
krótko, być w Związku Sowieckim. Czekałem na pociąg na
stacji jednego z wielkich miast Ukrainy. Był to olbrzymi
gmach. Ściany były pokryte portretami i transparentami
niewymownej brzydoty. Gęsty tłum w kożuchach, mundurach,
czapach z uszami i wełnianych chustkach zapełniał każdą
wolną przestrzeń i rozgniatał grubą warstwę błota na
posadzkach. Marmurowe schody pełne były śpiących
nędzarzy; ich nagie nogi wyglądały z łachmanów, chociaż
była to zima. Z góry nad nimi głośniki ryczały
propagandowe hasła. Przechodząc, zatrzymałem się, nagle
czymś tknięty. Pod ścianą umieściła się rodzina chłopów:
mąż, żona i dwoje dzieci. Siedzieli na koszykach i
tobołach. Żona karmiła młodsze dziecko, mąż - o ciemnej,
pomarszczonej twarzy, z opadającymi czarnymi wąsami,
nalewał herbatę z czajnika do kubka i podawał starszemu
synowi. Mówili ze sobą przyciszonymi głosami po polsku.
Patrzyłem na nich długo i nagle poczułem, że łzy płyną
mi po policzkach. I to, że właśnie na nich zwróciłem
uwagę w tłumie, i moje gwałtowne wzruszenie były
spowodowane ich zupełną innością
. Była to ludzka rodzina, jak wyspa w tłumie, któremu czegoś
brakowało do zwyczajnego, małego człowieczeństwa. Gest ręki nalewającej herbatę,
uważne, delikatne podanie kubka dziecku,
troskliwe słowa, które raczej odgadywałem z ruchu ust, ich odosobnienie, ich
prywatność w tłumie - oto co mną wstrząsnęło. Zrozumiałem wtedy na sekundę coś,
co znowu zaraz uciekło.
Polscy chłopi na pewno nie stali na szczytach cywilizacyjnego
rozwoju. Być może ci, których oglądałem, byli analfabetami. Mój przyjaciel
powiedziałby zapewne, że są to ohydni, śmierdzący głupcy, których trzeba nauczyć
myśleć. Ziarno jednak, jakie w nich czy w Bałtach, czy w Czechach się zachowało,
mogło się zachować dlatego, że nigdy nie
poddawano ich jeszcze leczeniu metodą pana Homais. Nie jestem pewien, czy
czułość, z jaką kobiety bałtyckie pielęgnowały swoje ogródki, zabobonność
polskich chłopek zbierających różne gatunki ziela o czarodziejskiej mocy,
zostawianie pustego talerza dla podróżnego
przy wigilijnej wieczerzy - nie są zadatkami dobrych sił, które mogą być
rozwinięte, i czy zasypywanie ziaren kamieniami nie prowadzi do wyników, o które
trzeba zapytać kobiety niemieckie, które przeżyły rok 1945 w Berlinie.
Dla kół, w których przebywa mój przyjaciel,
przypuszczenie, że człowiek jest tajemnicą, brzmi jak najgorsza obelga. A
przecież chcą wykuć nowego człowieka - ale tak jak rzeźbiarz wykuwa postać z
bryły kamienia, odłupując to, co zbyteczne. Wydaje mi się, że się mylą. Że ich wiedza, przy jej całej doskonałości,
jest niedostateczna, i że prawo życia i śmierci, które dzierżą w swoich rękach,
jest uzurpacją.
Czy mogłem, będąc po stronie bełkotu i mamrotania, którymi
wyrażają się bezradne i przejmujące tęsknoty ludzkie, chodzić po miękkim dywanie
swego mieszkania, w dzielnicy uprzywilejowanych, i delektować się Szekspirem?
Zamiast ręki, którą gorąca krew płynie od serca do palców trzymających pióro,
dano by mi znakomitą protezę dialektyki. Widząc, że w człowieku jest światło, nigdy nie mógłbym po to światło sięgnąć,
bo światło to nie jest, jak wierzę, równoznaczne ze świadomością socjalistyczną
i przebywa również w głupcach, zakonnikach, chłopcach stroniących od pracy
społecznej i kułakach. Wiedząc, że w człowieku jest zbrodnia, nie mógłbym wskazać jej palcem, bo,
jak wierzy mój przyjaciel, jest ona dziełem Historii, a nie ludzi. Zamilczmy,
nie umiejąc zapomnieć o zbrodniach minionych, o setkach tysięcy deportowanych
Polaków w latach 1940-1941, o tych, których
zastrzelono czy zatopiono w barkach na Oceanie Lodowatym. Trzeba uczyć się
wybaczać. Idzie mi o zbrodnie, które są i które będą. I zawsze w imię nowego,
wspaniałego człowieka, i zawsze wśród dźwięku orkiestr, wśród pieśni, krzyku
megafonów i deklamacji optymistycznych poematów.
Teraz jestem bezdomny. Słuszna kara. Ale może urodziłem się po
to, żeby przez moje usta przemówili "niewolnicy na wieczność"? Dlaczegóż bym
miał siebie zanadto oszczędzać i po to, aby znaleźć się w antologiach klasyków
polskiego wiersza, wydawanych przez państwowy dom wydawniczy, wyrzekać się tego,
co jest, być może, jedynym powołaniem poety? Mój przyjaciel akceptuje nagą siłę,
nadając jej różne nazwy. Rozstaliśmy się. Nie obchodzi mnie, czy znalazłem się
po stronie przyszłych zwycięzców czy
zwyciężonych. Wiem jedno: jeżeli mój przyjaciel będzie spożywał słodkie owoce
zwycięstwa, planeta ziemska będzie zagospodarowana planowo na długie setki lat,
ale biada tym, co tego dożyją. Śpią teraz w swoich łóżkach albo oddają się
kretyńskim zabawom i naprawdę każdym swoim
czynem starają się zasłużyć na zniszczenie. Tylko że to, co ich zniszczy, nie
wyzwoli w nich wolnego człowieka. Jeżeli mój przyjaciel będzie miał możność się
przekonać, że siła, którą wielbił, nie była koniecznością, nasza planeta wejdzie w okres straszliwych wojen i
krwawych rewolucji, ale poszukiwanie się nie zakończy i nadzieja zostanie
zachowana.
Niech wielki poeta Ameryki Łacińskiej, Pablo Neruda, walczy o
swój lud. Źle by jednak było, gdyby wszystkie głosy, które go dochodzą z Europy
Środkowej i Wschodniej, uważał za objawy zamierzchłych nacjonalizmów i pisk
pokrzywdzonej reakcji. Oczy, które widziały, nie powinny być zamknięte, ręce,
które dotknęły, nie powinny zapominać, kiedy trzymają pióro. Niech raczy
zezwolić niektórym pisarzom Europy Środkowej
i Wschodniej, aby zajmowali się sprawami, które są odległe od tego, co go
boli.
Kiedy, jak powiada mój przyjaciel z Warszawy, stanę przed
Zeusem (niezależnie od tego, czy zginę naturalną śmiercią, czy dosięgnięty
wyrokiem Historii), to mniej więcej będę mógł podać na swoje usprawiedliwienie.
Wielu ludzi strawiło swoje żywoty na zbieraniu znaczków pocztowych, starożytnych
monet czy na hodowaniu rzadkich gatunków tulipanów. Jestem pewien, że choćby to
były zabawne i bezużyteczne manie, Zeus
okazałby się dla nich łaskawy, jeżeli wkładali w te zajęcia całą swoją
namiętność. Powiem mu: "Nie moja wina, że stworzyłeś mnie poetą i dałeś mi dar
równoczesnego widzenia, co się dzieje w Nebrasce i w Pradze, w krajach
bałtyckich i na brzegach Oceanu Lodowatego.
Czułem, że jeżeli czegoś z tym darem nie zrobię, wiersze moje będą dla mnie bez
smaku, a sława obmierzła. Wybacz mi". I być może Zeus, który nie nazwał idiotami
zbieraczy starych monet i hodowców tulipanów, wybaczy.
*
"Podszedłem do portretu Stalina, zdjąłem go ze ściany i
postawiwszy na stole, z twarzą w dłoniach, patrzyłem i
rozmyślałem. Co powinienem zrobić? Twarz Wodza jak
zawsze tak spokojna, jego oczy patrzące tak jasno
dalekosiężnym spojrzeniem. Zdawało mi się, że to
przenikliwe spojrzenie przebija ściany mego małego
pokoju i wybiega w przestrzeń, aby ogarnąć cały glob.
Nie wiem, co pomyślałby ktoś, kto by zobaczył mnie w tej
chwili. Ale każdym moim słowem, każdym moim gestem,
każdą kroplą krwi czułem, że w tej chwili nic dla mnie w
całym świecie nie istnieje prócz tej najdroższej,
ukochanej twarzy. Co powinienem zrobić? 'Rząd sowiecki
rozprawia się z wrogami ludu w sposób zdecydowany...' To
twoje słowa, towarzyszu Stalinie. Wierzę im święcie.
Teraz wiem, jak postąpić" ("Pergale" ["Zwycięstwo"],
organ Związku Literatów Litewskiej SSR, nr 4, kwiecień
1950, s. 52, cyt. "Lithuanian Bulletin", New York, nr
7-12)