|
Miejsce urodzenia
W ciągu wielu wieków, kiedy nad Morzem Śródziemnym powstawały
i upadały królestwa, a niezliczone generacje przekazywały sobie
wyrafinowane rozrywki i grzechy, mój kraj rodzinny był puszczą, odwiedzaną na brzegach
tylko przez okręty Wikingów. Położony był poza zasięgiem map i należał do baśni.
Ten drobny półwysep, który dzisiaj odnajduje się, prowadząc palcem od Kopenhagi
na wschód wzdłuż północnego skraju Niemiec i Polski, nigdy zresztą nie miał
być często wspominany przez
kronikarzy. Oddalenie od szlaków komunikacyjnych nadawało mu stale charakter jednej
z najbardziej odosobnionych enklaw, gdzie czas płynął wolniej niż gdzie
indziej. Jednak już zapewne wtedy, kiedy Plato pisał swoje dialogi, kraj ten włączał
się w międzynarodowy obieg handlowy.
Stamtąd pochodziła przezroczysta ambra-bursztyn z zastygłym w niej owadem.
Bursztyn, przekazywany z rąk do rąk jako przedmiot wymiany dzikich szczepów, odbywał
długą drogę lądem, wzdłuż Dniepru do Morza Czarnego, zanim dotarł
do greckiego archipelagu. Odnajdywany
w wykopaliskach, pozwala dzisiaj na przypuszczenia co do głównych linii,
jakimi pionowo - z południa na północ - przesuwały się niektóre zdobycze wieku brązu
i wieku żelaza. Tak tylko zaznaczała się obecność mieszkańców w nadbałtyckim
lesie do chwili, kiedy, u schyłku średniowiecza, stali się skandalem
dla chrześcijaństwa. Skoro umysły zaprzątało wtedy szerzenie prawdziwej wiary,
a walka z niewiernymi była głównym tematem rycerskiej pieśni i legendy,
łatwo zrozumieć, czemu prowincje, do których
nigdy nie przeniknęło światło Ewangelii, budziły grozę i przypominały o niespełnionym
obowiązku. Tak więc Europa też miała swoich Czerwonoskórych. Dawali oni znać o
sobie przez długie ciągłe zbrojne napady, zjawiając się i wycofując
równie nagle do swoich niedostępnych
kryjówek. Ich język był niezrozumiały dla otaczających ich Słowian, poziom ich
techniki, jeżeli go mierzyć uzbrojeniem, był niższy niż u ich przeciwników. Łuk,
oszczep i tarcza obszyta skórą walczyły przeciwko kopii i pancerzowi, ale tę niższość nadrabiała szybkość manewru.
Wtedy też pojawia się po raz pierwszy wspólna nazwa nadawana tych plemionom:
Litwa. W jakim stopniu można do nich zastosować termin barbarzyńcy, trudno
orzec, zważywszy na niedostatek pisanych źródeł i stronnicze sądy chrześcijan. Miały one dość złożoną
organizację religijną opartą na hierarchii kapłanów i stopniowo wchodziły w
fazę organizacji państwowej, rozszerzając swoje posiadłości. Od 1228 roku, kiedy
książę Mazowsza sprowadził do pomocy przeciwko ich atakom Zakon Krzyżacki i osadził go na terenie
później nazwanym Prusami Wschodnimi, głównym ich wrogiem byli rycerze z różnych
krajów zachodnich, podobni do tanków i noszący na żelazie białe płaszcze z
czarnym krzyżem.
Wszystko to działo się bardzo dawno, ale walka z ostatnimi
poganami w Europie przechowała się w świadomości zbiorowej, co prawda w formie
mglistej, jednak dostatecznie silnie, żeby figurować nawet w niektórych
katechizmach katolickich naszych czasów. Tak więc w Christenfibel,
dziele dwóch teologów niemieckich, Piepera i
Raskopa, czytamy: "Ale już w tym drugim okresie nowe ludy weszły w obręb
Kościoła: od XIII wieku rycerze Zakonu Krzyżackiego wojowali i zmagali się na
granicach Zachodu w imię Kościoła i Cesarstwa. Podporządkowali sobie Prusaków, toczyli boje z Litwinami, przeniknęli do
Łotwy i Estonii, dotarli aż do jeziora Peipus".
Być może, jest to okazja, żeby zauważyć, jak punkt, w którym
urodziliśmy się, separuje nas od poglądów gdzie indziej przyjętych. Najbardziej
nawet zamierzchłe tragedie mają wielką trwałość, bo żyją w przysłowiu, w pieśni
ludowej, w podaniu przekazywanym z ust do ust i później stanowią gotowy materiał
literatury. Ten obraz zewnętrznego mroku, peryferii, na które szli szlachetni
zapaleńcy-misjonarze, tak mocno ugruntowany
w umyśle niemieckich teologów, że uznali za stosowne włączyć go do wykładu prawd
wiary, ukazywał mi się już w dzieciństwie od innej strony. Epopea
chrześcijańskiego posłannictwa była w istocie epopeą mordu, gwałtu i bandytyzmu,
a czarny krzyż na długo pozostał symbolem
klęski gorszej niż dżuma. Wszystkie moje sympatie zwracały się więc ku
"szlachetnym dzikusom", którzy bronili swojej wolności i wiedzieli, czego
bronią, bo tam, gdzie Zakon Krzyżacki odnosił zwycięstwo, budował swoje
zamki i zamieniał ludność w pracujących na
jego korzyść niewolnych.
Książki, opisujące bohaterstwo pogan i pełne brzmiących swojsko
nazw miejscowości, musiały odciskać mocny ślad w psychice, bo trafiały do moich
rąk i do rąk moich rówieśników w wieku, kiedy kształtują się odruchy.
Konsekwencją tych lektur był zapewne instynktowny wstręt do przemocy, maskującej
się ideologią, i jakby sceptycyzm co do racji wszelkich
cywilizatorów.
Zdolności państwowotwórcze niektórych grup etnicznych są czymś
zagadkowym. Rycerze spod znaku krzyża pokonali Prusów i Lettonów, ale nie
zdołali pokonać pokrewnych językowo tym dwóm grupom Litwinów. Ci, naciskani z
Zachodu przez rzymskich chrześcijan: Zakon Krzyżacki i Polaków, dbali tylko o
utrzymanie status quo, natomiast całą
swoją ekspansję skierowali na wschód i na południe, ku domenom chrześcijan,
którzy wzięli religię z Bizancjum - książąt Nowogrodu, Tweru, Moskwy i Kijowa.
Bogowie czczeni pod świętymi dębami okazali się silniejsi niż Bóg bizantyjski i
w ten sposób powstał jeden z
najdziwniejszych organizmów państwowych w Europie: Wielkie Księstwo Litewskie. W
dobie największego swego rozkwitu sięgało ono w okolice Moskwy, jednym końcem
dotykało Bałtyku, drugim Morza Czarnego i zhołdowało Besarabię, ale małe
nadbałtyckie plemię, które nadało mu nazwę,
nie starało się narzucać swoich obyczajów lennikom, przeciwnie, ulegało ich
przyzwyczajeniom, a dwór książęcy, wskutek małżeństw z księżniczkami ruskimi,
wahał się pomiędzy dawnym obrzędem i Ewangelią kopiowaną przez kijowskich
mnichów.
Największym niebezpieczeństwem był Zakon Krzyżacki. Jedynym
sojusznikiem przeciwko niemu mogła być Polska, też wskutek wzrostu potęgi swoich
protegowanych zagrożona. Zawiła strategia polskich dyplomatów szukających dróg
na wschód i litewskich dyplomatów ulegających konieczności doprowadziła do
małżeństwa wielkiego księcia Litwy z królową polską Jadwigą i przygotowała
stopniowo unię dwóch państw. Jadwiga, córka panującego domu Anjou, przeszła do
historii jako święta szczególnego rodzaju:
poślubiając barbarzyńskiego wodza, złożyła swoje szczęście w ofierze wyższej
racji katolicyzmu. Bo czego nie mógł dokonać miecz Zakonu, dokonało małżeństwo:
w roku 1386 odbył się masowy chrzest Litwinów, mocą dekretu księcia, nad
brzegami rzek. Ostatni w Europie poganie
przestali być skandalem dla wiernych.
Dla młodych narodów fakty umieszczone w tak odległej epoce są
już tylko datami z podręcznika. W otoczeniu, w którym rosłem, "problem unii" był
często przedmiotem rozmów i wzbudzał gwałtowne kontrowersje. Zwolennicy
powoływali się na wyjątkowość takiego pokojowego pochodu cywilizacji i
przeciwstawiali metody polskie okrutnym metodom Teutonów. Przeciwnicy
dopatrywali się w unii wyjątkowo podstępnej transakcji handlowej, bo Księstwo
Litewskie wnosiło do
Commonwealthu obszar trzy razy
większy niż Królestwo Polskie. Poza tym, jeżeli porównamy ten związek do związku
Anglii ze Szkocją, oznaczał on dla litewskich Szkotów powolne zamieranie ich
języka i patrioci, których gestykulację pamiętam, najczęściej nie znali już mowy
swoich pradziadów.
W każdym razie Commonwealth był olbrzymi i przez długi czas ani Germanie, ani Moskwa
nie mogła z nim rywalizować. Zjednoczone siły polskie i litewskie złamały Zakon
Krzyżacki w roku 1410 w bitwie pod Grunwaldem i Tannenbergiem, a później, kiedy
na Kremlu władał Iwan Groźny, jego wojska ponosiły z rąk króla "Republiki", jak
ją nazywano, klęskę za klęską. Wewnętrzny rozkład dwój-państwa zajmującego cały
środek Europy otworzył w XVIII wieku drogę Rosji i zmienił radykalnie równowagę sił.
Nie było to państwo narodowe. Przenoszenie wstecz
narodowościowych pojęć, które pojawiły się stosunkowo późno, prowadzi do takich
absurdów jak spór o to, czy Kopernik był Niemcem czy Polakiem. Językiem
oświeconych była łacina, ustępująca, począwszy od reformacji, w słowie pisanym
miejsca polszczyźnie, ale Statuty Wielkiego Księstwa były układane w dialekcie
wschodniosłowiańskim, co stanowi dowód, że etniczne centrum litewskie roztapiało
się w masie ludów sobie podporządkowanych. Znaczna część mieszkańców miast używała na co dzień
niemieckiego, chociaż kolonowie ulegali zwykle w ciągu paru pokoleń asymilacji.
Żydzi przynosili ze sobą skażoną niemczyznę, kupcy z Kaukazu - ormiański. W tym
tyglu następowało stopniowe osadzanie się pierwiastków: polski coraz bardziej stawał się synonimem
"języka kultury", to jest języka klasy panującej, litewski i dialekty, które
później zaklasyfikowano jako język ukraiński i białoruski, schodziły do rzędu
"mowy gminu". Z językiem nie łączono jednak idei narodu. Lojalności były oparte na poczuciu związania z
terytorium.
Nie było to też państwo jednolite religijnie. Przez jego środek
przebiegała linia graniczna pomiędzy katolicyzmem i prawosławiem, niezupełnie
wyraźna wskutek jednego z największych przedsięwzięć Watykanu. Przedsięwzięcie
to, częściowo tylko udane, polegało na likwidacji schizmy przy pomocy wzajemnych
ustępstw. Chrześcijanie bizantyjscy mieli zatrzymać obrządek grecki, a więc nie
wprowadzać łaciny. Mieli zgodzić się natomiast na hierarchię, której głową był papież. W ten sposób powstał w
1596 roku Kościół unijny. Miał on się okazać Kościołem męczenników, z chwilą
kiedy Rosja opanowała obszary, na jakich się rozwijał. Widziała w nim większe
jeszcze dla siebie zagrożenie niż w katolicyzmie i tępiła go policyjnymi środkami.
Katolicka połowa Commonwealthu pozostała wierna Rzymowi nie bez buntów i wewnętrznych
rozłamów. Nauka Lutra, Zwingliego i Kalwina zdawała się w ciągu kilku
dziesiątków lat brać górę nad przywiązaniem do papiestwa, a ruch protestancki
skłonny był do większego niż gdzie indziej radykalizmu, wydając liczne sekty
Anty-Trynitariuszy. Do tego trzeba dodać, że Commonwealth był największym skupiskiem Żydów na kontynencie
europejskim i że ojcowie czy dziadkowie większości Żydów, gdziekolwiek dziś
mieszkają, mieli swoje siedziby nad Wisłą, Niemnem czy Dnieprem.
Szczegóły historyczne staram się sprowadzić do minimum. Są one
jednak konieczne, jeżeli mam umieścić moją rodzinną prowincję na tle szerszym.
Czytając Szekspira, muszę siebie zapytywać, jak wyglądała ta część
Commonwealthu, etnicznie litewska,
dotykająca Bałtyku, za panowania w Anglii królowej Elżbiety. Mogę przypuścić, że
maszty szybkich okrętów, uganiających się koło Jamajki i Barbadosu za
hiszpańskimi galeonami, pochodziły najczęściej z mego kraju. Rachunki firm
okrętowych w porcie gdańskim świadczą też, że zajmowały się one dostarczaniem do
Anglii, z okolic gdzie się urodziłem, pewnego towaru, na który popyt wydaje się
nam dzisiaj trudno zrozumiały, mianowicie
żywych niedźwiedzi. Los tych moich kuzynów, zmuszanych do gladiatorstwa w
bear-gardens albo do roli katów
rozszarpujących przestępcę, wydaje się równie mało ponętny, jak los byków na
corridzie. Tego rodzaju naturalne płody prowadzą do wniosku, że las był wtedy
mało tknięty siekierą i że rolnictwo zaledwie zaczynało przestawiać się na
gospodarkę eksportową. Co do większości tubylców, to świadectwa współczesnych
odnotowują, że ich szczera religijność nie przeszkadzała im w składaniu ofiar
licznym bogom i boginiom, na wszelki wypadek.
Lojalnie trzeba przyznać, że moje okolice nigdy nie wydały
żadnej postaci, która by zaważyła na losach świata, i nie wsławiły się żadnym
odkryciem. Tylko historycy reformacji znają nazwę stolicy tego powiatu:
Kiejdany, gdzie drukowano wiele protestanckich książek. Siedzieli tam książęta
Radziwiłłowie, potężni protektorzy herezji. Poza tym, jeżeli kiedyś uwaga ludzi
wykształconych w różnych krajach kierowała się w tę stronę, to tylko wtedy,
kiedy uczeni niemieccy odkryli, że chłop tamtejszy mówi najstarszym
indoeuropejskim językiem, pod wieloma względami zbliżonym do sanskrytu. W XIX
wieku wprowadzono na niektórych niemieckich uniwersytetach naukę litewskiego
jako studium pomocnicze przy badaniach nad sanskrytem.
Prowincja dzieliła losy
Commonwealthu i całej tej części
Europy. Rytm rozwoju, początkowo podobny do rytmu części zachodniej, wykazywał
coraz większe różnice. Kiedy państwa nad Atlantykiem zdobywały kolonie za
morzami, kiedy zakładały manufaktury, żadne takie awanturnicze przedsięwzięcia
nie interesowały zajętych wyłącznie rolnictwem mieszkańców Wschodu i na ich
sumieniu nie ciążą cierpienia czarnych niewolników ani pierwszych
proletariuszy.
Jakby dla równowagi powstało tutaj zjawisko określane czasem
jako "feudalizm powrotny", a będące właściwie wewnętrzną kolonizacją. Zwiększone
możliwości eksportu zboża skłaniały do gospodarki intensywnej i zerwania z
systemem danin w monecie i w naturze, składanych panom przez chłopów; mało
korzystnych dla jednych, mało uciążliwych
dla drugich. Tylko plantacja, a więc rodzaj fabryki rolnej, mogła odpowiedzieć
nowym potrzebom i zapewnić pieniądze, za które z zagranicy importowano wina,
tkaniny, korzenie i przedmioty zbytku. Siła robocza była na miejscu, należało ją
tylko zmusić, czyli odebrać jej prawa
uświęcone zwyczajem, co nie obywało się bez oporu i zmagań. Proces był stopniowy
i zaczynał się od żądania, aby dzień, później dwa, chłop pracował na polach
pana. W końcowym wyniku znikł prawie zupełnie chłop "wolny" i jeżeli los jego był nieco lepszy niż czarnego niewolnika
na plantacji amerykańskiej, bo zachowały się więzi organiczne wioski i rodzaj
półwłasności, to jednak chroniły go raczej pewne lokalne patriarchalne tradycje
niż prawo. Nędza jego, poza majątkami należącymi bezpośrednio do monarchy, była proporcjonalna do
przepychu, jakim otaczali się wyzyskiwacze, oddzieleni od swego ludzkiego
dobytku przez całą hierarchię służby i nadzorców. Rezultatem tej gospodarczej
ewolucji była kastowość społeczeństwa, znacznie silniejsza niż na Zachodzie. Istniały właściwie tylko
dwie kasty: chłopów i panów, przy czym ci ostatni stanowili grupę wewnątrz
zróżnicowaną, poczynając od możnych, a kończąc na masie bardzo nieraz ubogich
"klientów". Zahamowanie rozwoju miast, a co za tym idzie "stanu
trzeciego", ma tutaj sens zarówno przyczyny, jak skutku.
Wewnętrzna kolonizacja objęła Polskę, Czechy, Węgry, kraje
bałtyckie, Ukrainę, Rosję, nie wszędzie przybierając takie same formy. Im dalej
na wschód, tym sytuacja chłopa była cięższa, aż do roli bydła sprzedawanego na
sztuki, jak w Rosji, włącznie. Jest to zresztą klucz, który pozwala zrozumieć
niektóre właściwości późniejszej "inteligencji", wywodzącej się najczęściej nie
z chłopów ani z mieszczaństwa, ale ze zubożałej szlachty. Koniec "powrotnego feudalizmu" i przejście na pracę
najemną nie dadzą się objąć jedną datą i zależą od wielu politycznych oraz
gospodarczych okoliczności. W mojej prowincji emancypacja chłopa przypada na
okres amerykańskiej Wojny Domowej.
Rzeka Niemen, niedaleko swego
ujścia do Morza Bałtyckiego, przyjmuje kilka małych dopływów z północy, ze
środka półwyspu. Nad jednym z nich, Niewiażą, przypadło mi rozpocząć wszystkie
przygody. Wbrew przypuszczeniom ludzi zamieszkałych w cieplejszych krajach
przyroda nie ma tam w sobie nic ze smutku
ani z monotonii. Jeżeli teren nie jest górzysty, to w każdym razie pagórkowaty i
prawdopodobnie pierwsze wrażenia wzrokowe wytworzyły we mnie wstręt do równiny.
Ziemia jest urodzajna i mimo dość surowego klimatu można tam uprawiać buraki
cukrowe i pszenicę. Jest obfitość wód i lasów, iglastych i mieszanych, ze
znaczną ilością dębu, który odgrywał tak ważną rolę w mitologii pogańskiej i
odgrywa nadal w mojej mitologii prywatnej. Wspomnienie przyczyniło się do mojej
skłonności przeprowadzania podziałów miejsc,
w jakich później się znalazłem, na lepsze i gorsze: lepsze są te, gdzie jest
dużo ptaków. Piękno wiosny i lata jest tam zresztą zapłatą za długą zimę. Śnieg
spada w listopadzie albo w grudniu i topnieje w kwietniu.
Był rok 1911. Parafia miała dwa kościoły. Do bliższego,
drewnianego, jeździło się albo chodziło na mszę. Przy drugim, murowanym w
barokowym stylu (barok przyszedł tu z jezuitami) i odległym o sześć kilometrów,
prowadzono księgi stanu cywilnego. Nazwa tej stolicy parafii jest trudna do
wymówienia i moja znajomość starych indoeuropejskich pierwiastków nie wystarcza,
żeby odgadnąć, co dokładnie oznacza. Tam otrzymałem chrzest i zostałem przyjęty
na łono rzymskokatolickiego Kościoła. Równocześnie przez wpisanie do ksiąg stanu cywilnego przybył jeszcze jeden
poddany Rosyjskiego Cesarstwa.
Na wsi mówiono po litewsku i częściowo po polsku. Miasteczko,
dokąd wożono płody rolne na sprzedaż, używało na co dzień polskiego i jidysz.
Ale już żandarm wlokący za sobą długą szaszkę, poborca podatków, konduktor na
kolei, importowani dla celów administracji, zwracali się do tubylców po
rosyjsku, wychodząc z założenia, że każdy musi rozumieć język urzędowy. A wyżej
była piramida rosyjskich szkół i uniwersytetów, biur, ministerstw, państwowej religii, prawosławia, a na
szczycie tron Cara.
Każde dziecko, dodane do wielomilionowej masy narodów
podbitych, było dzieckiem klęski. Za nim rozpościerała się przeszłość krwawych
bitw, rozpaczliwych powstań, szubienic, zesłań na Sybir i kształtowała całe
późniejsze życie, niezależnie od jego woli. Przeszłość ta nie ginęła, choć była
niepowrotna. Commonwealth nie
mógł być wskrzeszony, nie mogło być wskrzeszone Wielkie Księstwo Litewskie, które
już rozpadało się na narodowości nienawidzące panującej Rosji, ale
również nienawidzące się wzajemnie, co tronowi dawało możność wygrywania
jednych przeciwko drugim. Należało jedynie zastanawiać się, jak doszło do
katastrofy, dla wielu umysłów nabierającej cech tylko etapu w dalszym pochodzie Cesarstwa. Mała Moskwa była niegdyś
godnym lekceważenia przeciwnikiem dla książąt litewskich. Szachowali ją,
popierając przeciwko niej Tatarów, zawierając pakty z Nowogrodem i Twerem. Później
ich spadkobiercy, królowie polscy, uważali ją
za przeciwnika groźnego, ale jednak słabszego, który nie mógł stawić czoła
ich armii w większej bitwie. Szala zaczęła się przechylać w połowie wieku XVII.
Przechylił ją wreszcie Piotr Wielki. Aż z dawnej chwały nie zostało nic prócz
wstydu i poczucia bezsilności.
Czy było to przeznaczenie czy dowód, że tylko absolutyzm
zapewnia potęgę i że demokracja zawsze wreszcie zostanie pokonana? Bo cokolwiek
się powie o organizmie państwowym, noszącym tytuł Republiki, z obieralnym królem
na czele, zło, jakie tam istniało, nie powinno być mierzone według naszych miar,
ale w porównaniu ze złem u ówczesnych sąsiadów. Trudno o większy kontrast niż
tutaj: chaotycznie rządzony aglomerat, rodzaj koralowej rafy zlepionej z drobin
i centralistyczna domena carów. Z tamtej strony wszechmoc panującego, jedność władzy świeckiej i
duchownej, spisek i mord pałacowy jako zasadniczy instrument polityki. Z tej
strony atmosfera nie tylko braku napięcia, ale rozluźnienia, habeas
corpus, wrzaski w parlamencie, brak wypadków królobójstwa, korupcja i kupowanie głosów, anarchiczne nałogi
jednostek, okręgów i grup. Chłop był wyzyskiwany i nie liczył się (nie liczył
się wtedy nigdzie), ale klasowa demokracja była faktem. Decydowała o niej
wielość ośrodków walczących o swoje interesy: magnaci schlebiający tłumom drobnej szlachty, monarcha, tak
spętany w swoich uprawnieniach, że nieraz poniżał się, próbując uzyskać kredyty
na wojsko, miasta zachowujące resztki średniowiecznych przywilejów, Kościół i
zakony zależne tylko od Rzymu. Wynaleziono też zasadę nigdzie indziej nie znaną. Poseł, oświadczając:
liberum veto, zrywał sesję
parlamentu, co zakładało, że przy ustawach potrzebna była chimeryczna
jednomyślność i że wolność opinii nabierała cech samobójczych. Dyplomaci
rosyjscy przyglądali się temu wszystkiemu, gładząc brody. Początkowo przyglądali
się z odległości. Później, kiedy ich posunięcia były ułatwione przez militarną
siłę, posługiwać się pieniędzmi albo presją, żeby kupować stronnictwa czy
posłów, było dla nich rzeczą łatwą. Sukces ich okazał się całkowity.
Próbując posiąść zawiłą sztukę chodzenia na dwóch nogach
zamiast na czworakach, nie wiedziałem o tych dziedzicznych obciążeniach, które
trwają nie we krwi, ale w słowie, w geście, w nieświadomych reakcjach
otaczających nas ludzi. Nie wiedziałem też, że stare urazy zmieniają się już w
coś nowego, że nie starcza więzień, żeby pomieścić socjalistów, marzących o
epoce, kiedy skończy się panowanie jednego narodu nad innymi, że żandarmi,
przewożąc własność skarbową, padają od kul, a zagrabione pieniądze zasilają kasę konspiracyjną.
Dziedziczyłem nie tylko daleką przeszłość, ale i tę wahającą się na granicy
teraźniejszego momentu: lot Blériota przez kanał La Manche, ludowe fordy w
Ameryce, kubizm i pierwsze abstrakcyjne obrazy, filmy Maxa Lindera, wojnę japońską 1905 roku, która dowiodła
nieprawdopodobieństwa - że Cesarstwo Rosyjskie nie jest
niezwyciężone.
|