|
Niemoralność
sztuki
Królestwo sztuki rozszerza się, podczas kiedy inne, zdrowia i
niewinności, chyli się do upadku na tej ziemi.
Tomasz Mann, Tonio Krőger
Kiedyś dawno, w młodości, czytałem opowiadanie Tomasza Manna
Tonio Krőger. Opowiadanie to powstało
przed pierwszą wojną światową i opiera się na założeniu dość powszechnie wtedy
przez koła artystyczne przyjętym, które powiada, że literatura i sztuka są
związane z nienormalnością i chorobą, a nawet są ich funkcją. Mann pozostał
wierny temu założeniu w całej swojej twórczości, od Buddenbrooków
po Doktora Faustusa. Niewątpliwie ten pogląd
na źródła sztuki wpłynął i na moje literackie pokolenie, ale też jakby nas
obrażał i był odrzucany jako zbyt wyraźnie wywodzący się z romantycznej
ironii.
Od chwili kiedy czytałem Tonia Krőgera, dzieli mnie nie tylko upływ lat. Niestety (że wyrażę się
patetycznie) moje oczy oglądały wiele z tego horroru, który należy do samej
esencji dwudziestego wieku. I to właśnie doświadczenie nie tylko nie przesłoniło
problemu postawionego w opowiadaniu Manna, ale nadało mu większą dobitność.
Teraz zgodziłbym się z autorem Tonia Krőgera, kiedy mówił, że literatura
nie jest powołaniem, ale przekleństwem; mogę też dodać nowe
argumenty.
"Artysta musi być
nieludzki, poza-ludzki - mówi Tonio Krőger - musi on pozostawać dziwnie na uboczu
wobec naszego człowieczeństwa; jedynie wtedy ma on dane, czy raczej należałoby
powiedzieć: jedynie wtedy może on ulec pokusie, aby przedstawiać je, pokazywać,
portretować z dobrym skutkiem. Sam dar stylu, formy, ekspresji, nie jest niczym
innym niż taką chłodną i wybredną postawą wobec człowieczeństwa; rzec można, że
to zubożenie i spustoszenie jest niezbędne
jako wstępny warunek".
Opinia ta jest dla
mnie o wiele bardziej zrozumiała dzisiaj niż w młodości.
Bo "człowieczeństwo", podejrzewam, było wtedy dla mnie
abstrakcją, podczas kiedy teraz ma kształt ludzi
torturowanych, ranionych, ginących. "Chłodna, wybredna
postawa" w takich wypadkach nie przystoi i jakaś moralna
potworność leży, zdaniem Manna, u podstaw sztuki. To
nic, że poeta, artysta, może zachować taką samą chłodną
postawę wobec siebie
tzn. rozdwajać
się, jak człowiek, który jest ironicznym
świadkiem-obserwatorem, kiedy jego samego prowadzą na stracenie. Moralnie ten
cały dystans trudny jest do przyjęcia i działalność, która jemu wszystko
zawdzięcza, nie może nie być podejrzana.
Załóżmy, idąc za Mannem, że sztuka poczyna się z
nienormalności, z mniej czy bardziej maskowanej choroby, i że częścią tej
nienormalności jest rodzaj moralnego kalectwa. Jakież z tego wyciągniemy
wnioski? Pisarze i artyści zwykle powołują się na doskonałość jako najwyższy
argument. Arcydzieło, powiadają, przez samo
swoje istnienie, przez samo swoje esse, okupią mroczne wewnętrzne operacje, z których się
wywodzi. Można się z tym zgodzić, ale wtedy wszelka doskonałość ukazuje się nam
jako obciążona pewnym długiem, kupiona za pewną cenę. Innymi słowy, zyskuje ona
nie tylko estetyczną rację bytu i staje się czymś w rodzaju moralnego obowiązku.
Wolę zresztą zwęzić teren moich rozważań i przez "sztukę" rozumieć przede
wszystkim sztukę poetycką. Otóż polega ona na takim łączeniu słów, że ich zespół
zyskuje moc trwałego oddziaływania i jest odczuwany przez pokolenia jako coś
koniecznego i naturalnego, niby spirale w muszli - tak na przykład polski
czytelnik odczuwa zarówno poszczególne wersy, jak całość Pana
Tadeusza. Jednakże żeby to nastąpiło, musi być
spełniony jeden przynajmniej warunek. Jest nim związek słów z rzeczywistością,
związek, trzeba przyznać, zagadkowy i poddany innym prawom w każdej epoce.
Przyjmuję jednak, że stara teoria o sztuce jako naśladownictwie, jako
mimesis, zawsze się sprawdza, nawet
jeżeli sztuka nie nosi już, jak nosiła w średniowieczu, zaszczytnego tytułu
wnuczki Pana Boga - dlatego że, jak wtedy mówiono, naśladuje córkę Pana Boga,
Naturę.
Otóż jeżeli rzeczywistość jest tak ważna, wolno, nie
oszczędzając siebie ani innych, wysunąć tezę niezbyt pochlebną dla sztuki
układania słów w naszym stuleciu. A teza ta brzmi: poezja i w ogóle literatura
(jeżeli coś takiego jak literatura istnieje) okazuje się coraz bardziej bezsilna
wobec tego, co objawia się nam jako
rzeczywistość, czyli zmienia się w samowystarczalną czynność języka, w
écriture.
Niewątpliwie poeci byli zawsze zależni od swoich
poprzedników, zarówno naśladowali ich, jak buntowali się
przeciwko mistrzom, ale podejrzewam, że dzisiejsze
tendencje do schronienia się w materiał językowy jako w
system luster, czysto literackich odniesień, stąd
pochodzą, że rzeczywistość wydaje się za
trudna
.
Co uważam za rzeczywistość? Prawdopodobnie nie to samo co poeta
amerykański. Wybiorę wypadek może bardzo skrajny, ale znaczący. Kiedy
przyjechałem do Kalifornii, dużo zajmowałem się poezją Robinsona Jeffersa. Jest
to, moim zdaniem, poeta bardzo wybitny, niesłusznie strącony w
niemal-zapomnienie z piedestału, na jakim go umieszczono w latach dwudziestych,
kiedy był uważany za największego
amerykańskiego poetę, tuż obok Walta Whitmana. Jeffers świadomie przeciwstawiał
się awangardowym modom pochodzącym z francuskiego symbolizmu i używając
poprawnej, przezroczystej składni, opisywał to, co było dla niego
najbardziej realne, brzegi Pacyfiku koło
jego domu w miasteczku Carmel. A jednak, czytając Jeffersa, odkryłem, że te
oranżowo-fioletowe zachody słońca, te loty pelikanów, te rybackie kutry w
porannej mgle, tak wiernie przedstawione, że są jak zdjęcia fotograficzne, że to wszystko jest dla mnie zupełną fikcją, i że
Jeffers, wyznający - jak sam to nazywał - "inhumanizm", schronił się w świat
sztuczny, który zbudował na myślowych przęsłach zapożyczonych z podręczników
biologii i z filozofii Fryderyka Nietzschego
- co nie umniejsza wartości tych wierszy. Uświadomiłem też sobie, do jakiego
stopnia nie lubię Natury. Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem niewrażliwy na
piękno gór, lasów i oceanu. Po prostu Natura, tak obecna w wyobraźni
amerykańskich poetów i tak utożsamiona przez
nich z rzeczywistością, niewątpliwie jak najbardziej konkretna kiedy wyliczamy
podstawowe fakty naszego biologicznego trwania: birth, copulation and
death, jest dla mnie, w tym moim stuleciu, wielkim muzeum obrazów
odziedziczonych. Zmaganie się poezji ze światem,
tak żeby uchwycić coś z jego rzeczywistości, nie może odbywać się w muzeum.
Właśnie w Kalifornii, ostrzej może niż kiedykolwiek, odczułem, że problem mojego
czasu został podyktowany przez wydarzenia dwudziestego wieku o
niesamowitym wymiarze, odbywające się w
skali planetarnej i oznaczające powstawanie jednej planetarnej cywilizacji -
jakiej, należy to do sfery pytań, nie odpowiedzi.
A więc - słyszę pytanie - poezja i Historia, a cóż znaczy
Historia, jeżeli nie cykl horrorów: pakty pomiędzy mocarstwami, których
przedmiotem są miliony ludzkich istot, bitwy, masakry, obozy koncentracyjne,
komory gazowe? Otóż obawiam się wszelkich określeń, które mogą nasuwać myśl, że
poezja jest rodzajem lepszej publicystyki, bo nie jest. Niewątpliwie jednak o tych wydarzeniach nie można po prostu
zapomnieć, przebywają one gdzieś w tle naszej świadomości i właśnie ta
szczególna wiedza, wyczuwalna we współczesnej poezji polskiej, wyjaśnia, dlaczego
poezja ta jest wysoko ceniona przez amerykańskie środowiska literackie.
Tragedie naszego
stulecia stały się nieraz dla poezji rodzajem testu,
pozwalającego stwierdzić, ile rzeczywistości
zdolna jest
ona unieść. Zawrotna ilość wierszy, jakie powstały w Polsce podczas ostatniej
wojny, również w gettach i obozach, nadaje aktualność stwierdzeniu Manna, że
"artysta powinien być nieludzki, pozaludzki", podczas kiedy autorzy tych wierszy
byli przeważnie tylko ludzcy. I w tym stopniu, w jakim byli ludzcy, przegrywali
artystycznie, tak że ich wiersze składają
się razem na olbrzymi rozmiarami i pasjonujący dokument, nie więcej. Sprawdziłem
ten konflikt na sobie samym, bo dzisiaj, z dystansu, te moje wiersze, które
wtedy wzruszały moich odbiorców w Warszawie, wydają mi się słabe, natomiast
mocne są inne, wtedy niejasne co do ich
intencji, okrutne, pełne obrażającego szyderstwa. Ktoś teraz może się zdziwić,
że dopatruję się tutaj problemu. Ostatecznie Inter arma silent Musae
- podczas wojny milkną Muzy - i jakże nikły
ślad w poezji zostawiły wojny napoleońskie, amerykańska Wojna Domowa czy
pierwsza wojna światowa. Na to odpowiadam, że analogie historyczne są zawodne i
że problem jak najbardziej istnieje, a polega na tym, że słowo pisane natrafiło
w naszych czasach na zupełnie nowy fenomen i że nie chodzi tutaj o masakry ludności jako incydent z woli
władcy, jakiegoś Dżyngis Chana. Byłoby też błędem umieszczać wydarzenia
pierwszej połowy dwudziestego wieku w rubryce zatytułowanej "przeszłość", bo
wiele wskazuje na to, że świat obozów koncentracyjnych był, jak i jest nadal, jedynie pierwszą z form, w
jakich ujawnia się wyłaniający się z primordialnych wód Lewiatan, wszechwładne
państwo. Bestia Apokalipsy. Ludzie, którzy po raz pierwszy zostali postawieni
wobec niego jako faktu, odczuwali niejasno,
że upadają dotychczasowe koncepcje człowieka i społeczeństwa, że odsłania się
nowy wymiar, i to nie przez wielkość zbrodni, ale przez jej bezosobowość.
Dlatego zachowanie się języka wobec takiej nowej społecznej formy, zdolność albo
niezdolność uchwycenia jej w tym, czym
naprawdę ona jest, nie może nie obchodzić poety.
Jeżeli przywiązuję
wyjątkową wagę do książki Michała Borwicza Écrits
des condamnés á mort sous l'occupation
allemande, to dlatego, że książka ta, wydana w
roku 1954 (Presses Universitaires de France) stanowi praktyczne i przeraźliwie
dobitne wprowadzenie w tematykę dopiero przezierającą dzisiaj spoza semiotyki,
czyli nauki o znakach. Borwicz zajmuje się kontrastem, jaki zachodził pomiędzy
doświadczeniem ludzi skazanych na śmierć przez państwo totalne i językiem, w jakim to doświadczenie
mogli przekazać. Robili to zawsze w języku odziedziczonym, konwencjonalnym,
właściwym temu środowisku kulturowemu, które ukształtowało ich przed wojną.
Chcieli zostawić po sobie ślad w słowach, ale także szukali sposobu, jak wyrazić swoją wiedzę, odczuwaną
przez nich jako zupełnie nową, radykalnie różną od ich dotychczasowej wiedzy o
rzeczywistości. I język n i e nadążał, jakby cofając się w gotowe toposy i
formuły, czy nawet w nich szukając schronienia. Przypuszczalnie do podobnych co Borwicz wniosków
dojdą badacze analizujący obfitą literaturę (wiersze, pieśni, napisy na ścianach
celi), jaka powstała w sowieckich więzieniach i łagrach.
Co jednak to
wszystko ma wspólnego z poezją pisaną teraz, w tej
ostatniej ćwierci dwudziestego wieku, w Ameryce czy
Anglii, czy Francji? W moim ciągłym spotykaniu się z tą
poezją powinienem być lojalny, to znaczy ograniczyć się
do stwierdzenia, że niezmiernie rzadko znajduję w niej
to, co ja sam uważam za rzeczywistość. Przyjmuję, że w
naszym stuleciu ujawniło się coś, co na próżno
próbujemy nazwać, a czemu nadaję prowizoryczną nazwę
nowego wymiaru człowieka i społeczeństwa. Przyjmuję też,
że poezja, która jest tego nieświadoma i nie przebywa na
tej granicy, na której toczy się walka o uchwycenie
nowego wymiaru, nie może mieć siły potrzebnej, żeby
okupić chorobliwość i niemoralność, z których według
Manna się rodzi. Stosunki pomiędzy poezją i Historią
bynajmniej nie oznaczają dla mnie, że poeta powinien
ciągle w swojej wyobraźni odwiedzać miejsca tortur i
przestrzenie otoczone kolczastym drutem. Jestem
przeciwny obsesjonalnemu zwracaniu się w przeszłość i
włożyłem dużo wysiłku, żeby w moich wierszach pisanych w
Kalifornii zostawić to, co było, za sobą. Nie mogę się
jednak nie buntować, kiedy natrafiam na rozpowszechnione
w krajach Zachodu pojęcia o wypadkach pierwszej połowy
stulecia, w niczym nie odpowiadające prawdzie
historycznej. Według tych pojęć, istnieje jakiś
naturalny bieg rzeczy, ponieważ człowiek jest
zawsze i wszędzie ten sam, w jakichkolwiek żyje
państwach i ustrojach. Naturalny bieg rzeczy został zakłócony przez trudne
do pojęcia kataklizmy, za które odpowiedzialni byli monstrualni tyrani, Hitler
czy Stalin, ale wszystko się wyrównało albo, jeżeli jeszcze nie, to się wyrówna.
Czyli, jak powiada nalepka na samochodzie, którą niedawno widziałem:
One Earth, One Humanity, One Spirit. Takie rozumowanie całkowicie pomija
możliwość, że rzekome zakłócenie ładu było pierwszą
fazą, wstępem do tego, co czatuje na nas dzisiaj, czy
chcemy się do tego przyznać, czy nie: bo nie pada ofiarą
urojeń, kto dopatruje się śmiertelnego niebezpieczeństwa
dla człowieka w pojawieniu się samej idei Państwa jako i
pracodawcy, i właściciela ludzi, zarówno ich ciał, jak
dusz. Państwo takie musi też być właścicielem języka,
czyli nadawać słowom takie znaczenia, jakie zechce.
Gdyż, co przede wszystkim zostało zagrożone przez
Historię dwudziestego wieku, to utrzymywana przez parę
milleniów wiara w osobność ludzkiej drobiny poruszającej
się po własnej orbicie
.
Jak wykazała książka Borwicza, porażające i niemożliwe do
zakomunikowania doświadczenie zostaje ujęte przez ludzi zwykłych, nie artystów,
w języku konwencji odziedziczonych. Te konwencje są przełamywane przez sztukę
poetycką (niestety, tylko dzięki temu, że zajmuje ona "chłodną i wybredną
postawę wobec człowieczeństwa"). Dzieje poezji dwudziestego wieku są serią
szybko po sobie następujących przewrotów, tak że język dzisiejszej poezji jest
niezwykle odległy od języka roku 1900. Ale
szybkości, z jaką następują po sobie nowe odmiany stylu, odpowiada szybkość ich
zastygania w konwencje i wchodzenia w obieg niby wymiennych liczmanów. To też
jest zjawisko nowe, właściwe naszemu stuleciu, i odbywa się jakby
wyścig pomiędzy coraz mniej rzeczywistym
słowem i coraz bardziej niemą rzeczywistością.
Warunkiem silnej sztuki jest, jak powiedziałem, związek z
rzeczywistością, czego nie należy jednak interpretować na sposób
dziewiętnastowieczny. Wiemy, że sztuka pisanego słowa również tam, gdzie zdaje
się uciekać od mimesis, okazuje swoją
trwałość jako mimesis,
choćby nie od razu to było widoczne. Za przykład może
tutaj służyć dzieło Franciszka Kafki, dzieło
zadziwiające, bo cechy Państwa-Lewiatana zostały w nim
określone wcześniej, niż uzyskały kształt materialny.
Pojawienie się Kafki jest równoczesne z historyczną
mutacją, która wymyka się naszym określeniom, choć
filozofowie i socjologowie podsuwają nam mnóstwo
terminów. Jakiekolwiek było tło obsesji i schorzeń
Kafki, który potwierdza sobą diagnozę Manna, była w nim
ogromna wola, żeby pozostać wiernym rzeczywistości. Ale
zarazem całe jego dzieło mówi, że nastał koniec tzw.
realistycznego opisu, dlatego że aby był możliwy, musi
być jednostka opisująca, poruszająca się, jak rzekłem,
po swojej orbicie. Kafka, tak jak jego bohater, nie może
działać, jest działany, i znajduje się we władzy sił,
których najistotniejszymi cechami są wszechmoc i
beztwarzowość. Opisywać da się to tylko, co ma dotykalne
kształty, natomiast zupełnie inna taktyka jest wskazana,
kiedy spotykamy się ze smokiem, który albo jest
niewidzialny, albo, jeżeli ukazuje się, to za każdym
razem w innej postaci. I Kafka taką inną taktykę
stosuje, zastępując opis ludzi i zdarzeń przypowieścią i
metaforą. To ważne dla każdego poety, który pisze po
nim. Także dlatego, że poezja jako gatunek literacki
przez dłuższy czas miała za towarzysza gatunek literacki
zwany powieścią, i nagle ocknęła się sama: wszystko
wskazuje na to, że powieść nie jest zdolna przeżyć
upadku staroświeckiej, opisowej narracji. To
osamotnienie poezji nie może nie spowodować
poważnych skutków, których jeszcze właściwie wcale nie
rozumiemy. Poezja nie wchodzi na miejsce powieści, żeby
zająć to zaszczytne miejsce, jakie zajmowała, kiedy
powieść była gatunkiem jarmarcznym. Przeciwnie - odium,
jakie spadło na powieść, przez ludzi ceniących swój czas
już nie czytaną, zdaje się rozciągać na całą literaturę
piękną. Równocześnie ilość wierszy i publikacji
poetyckich (też przez nikogo nie czytanych) rośnie w
zastraszającym tempie, jakby to sam język wyzwolony z
celów i obowiązków mówił sam siebie. Nie działać, ale
być działanym - to Kafka odczuwał jako tragedię, ale
możliwe, że w pół wieku po jego śmierci przyjmuje się to
spokojnie, godząc się ze sformułowaniem, które wcześniej
znacznie niż francuscy strukturaliści dał Gombrowicz: że
nie my mówimy językiem, ale język nami
mówi
.
Tak, nie da się
zaprzeczyć, władza języka nad nami jest wielkim
odkryciem naszych czasów. Podobno umiemy wyrazić tyle
tylko, na ile język, zawsze historycznie uwarunkowany,
pozwala. Wiedzą o tym nie tylko poeci, także
wielkorządcy, którzy zmieniają dla swoich celów sens
słów. Ale właśnie opór przeciwko temu w imię
rzeczywistości przesądza o moim ataku na sztukę pisanego
słowa. Bo co innego jest, zdając sobie sprawę z
samoczynnych skłonności języka, w czymś poza
językiem
widzieć dotykalny i odczuwalny sprawdzian, a co innego z rezygnacją powiedzieć,
że takiego sprawdzianu nie ma. Powołując się
na rzeczywistość, z pewnością narażam się na wiele nieporozumień, bo żadne
seminarium filozoficzne nie wyczerpie zagadnień, jakie nasuwa
mimesis. Narażam się też na to, że
przywołam widmo realizmu ze wszystkimi głupawymi epitetami, jakie się do niego
często dodaje.
Sumując, buntowałem się w młodości przeciwko portretowi
artysty, jaki znalazłem w opowiadaniu Tonio Krőger Tomasza Manna,
przeciwko łączeniu działalności twórczej z neurozą i
wewnętrznym spustoszeniem. Ale też inaczej niż dzisiaj
pojmowałem tę współzależność, a raczej to, co z niej
wynika, w czym zresztą może byłem w zgodzie z Manna
dawną intencją. Przed pierwszą wojną światową
wyjątkowość artysty jako człowieka we władzy sił
demonicznych służyła do zagwarantowania mu różnych
uprawnień i tak czy inaczej łączyła się z teorią
kapłaństwa sztuki, której to teorii żywot nie okazał się
trwały. Ta teoria moje pokolenie już trochę zawstydzała.
Ale zdarza się, że jakaś teza zyskuje po latach inny
odcień uczuciowy i intelektualny i już nie to samo dla
nas znaczy. Tonio Krőger powiada, że "poezja jest
rodzajem zemsty na życiu". Temu nie da się zaprzeczyć.
Jednak trochę co innego znaczyło to zdanie w zażywnym,
mieszczańskim Monachium przed rokiem 1914, kiedy jeszcze
trwał wiek dziewiętnasty, bo przecie dopiero wybuch
pierwszej wojny przyniósł jego koniec. Później poeta
musiał doświadczyć, jak bolesne dla jego poczucia
moralnego jest uświadomienie sobie faktu, że nie
najszlachetniejsze, najbardziej ludzkie odruchy są jego
sojusznikiem, ale jego "chłodna, wybredna postawa" -
także kiedy pisze wiersz przeciwko nieludzkości. I to
właśnie, zamiast dawać uprawnienia poecie, zwiększa
wymagania wobec poezji, która stale wydaje się
niedostateczna
, to znaczy niedoskonała, a tym samym
niedostatecznie okupująca swój grzech
pierworodny.
|