|
Wychowanie katolickie
W ciągu ośmiu lat naszego pobytu w szkole zaczynaliśmy dzień od
modlitwy i pieśni Kiedy ranne wstają zorze. Wszystkie klasy zbierały się wtedy łącznie z nauczycielami
w długim i szerokim korytarzu. Od modlitwy zwolnieni byli, nieliczni zresztą,
innowiercy: żydzi, karaimi, mahometanie, prawosławni i ewangelicy.
Prawdopodobnie tak odsunięci od wspólnoty czuli się trochę głupio.
Woskowe świece i biały strój przy Pierwszej Komunii, zapach i
niebieskość kadzidła, błyski ornatu i monstrancji, ssanie w dołku, kiedy wraca
się na czczo z kościoła, wzruszenia odzyskanej cnoty. Lista grzechów
przyczyniała się do nieporozumień, zwłaszcza rubryka "nieczystość". Umieściwszy
w niej wydawanie brzydkich odgłosów tyłkiem, spostrzegłem przez kratkę
konfesjonału, że ksiądz dziwnie kuli się i zagryza usta, czyli że popełniłem
nietakt. Ale cała ta dziedzina obowiązków i obrzędów nie poddawała się myśli, trwała swoją własną mocą jakby
należąca do natury. Tak zresztą działa najsilniej i zostawia najtrwalsze
ślady.
Niemniej nauka religii w szkole, początkowo ograniczona do
opowiastek z historii świętej, w miarę czasu zmieniała się w sprawę poważną.
Stopień stawiany przez księdza prefekta miał decydujący wpływ na świadectwo w
końcu roku. Wymagania jego rosły wobec tych uczniów, których podejrzewał o
anarchiczne albo buntownicze skłonności. Natomiast wykładane przez niego
przedmioty: dogmatyka, historia Kościoła,
apologetyka, niezbyt ustępowały poziomem podobnym przedmiotom w niższym
seminarium duchownym. Ta intelektualna zawiłość przypadła na okres, kiedy już w
mojej głowie roiło się od sylogizmów.
Doktryna katolicka jest bardzo trudna, bo zawiera jakby warstwy geologiczne. Naiwne pytania
i odpowiedzi katechizmu nie pozwalają na razie przypuszczać, że mają się mniej
więcej tak do tego, co pod nimi się ukrywa, jak roślinność do wrzącego centrum
planety. Ale ledwo zedrze się pierwszą powłokę, już natrafia się na pułapki zastawione sobie
wzajemnie przez tęgie umysły. Młodociany odkrywca szamoce się nieraz w tych
pułapkach jak złapany zając. A bynajmniej nie ułatwia mu próby zderzenie dwóch
zamkniętych, z pozoru przynajmniej nie zarażających się układów: religijny
ściera się z naukowym, datującym się dopiero od renesansu.
Gabinet przyrodniczy, zaopatrzony w nowoczesne mikroskopy,
przyciągał mnie jako siedziba wiedzy jak najmniej dla mnie abstrakcyjnej, bo
dotyczącej moich leśnych i myśliwskich praktyk. Krajaliśmy tam pijawki,
oglądaliśmy bijące serce rozpłatanej żaby i powstrzymując oddech, żeby
delikatnie obracać śrubą mikrometryczną, nastawialiśmy mikroskop na ostrość nad
preparatem z tkanek roślinnych czy zwierzęcych. Zoologii, botaniki, a następnie biologii uczył docent medycyny
miejscowego uniwersytetu, specjalizujący się w cytologii, tj. nauce o komórkach.
Chudy, o żółtej cerze, miał w sobie zgryźliwość wątrobiarza, ale swój przedmiot
lubił i umiał nam to przekazać. Założył Koło
Miłośników Przyrody, gdzie wodziłem prym jako jeden z zapaleńców. Nie
ograniczałem się do ćwiczeń i podręczników, sięgałem po książki fachowe. W
połowie mego pobytu w szkole, tj. w czwartej klasie, wygłosiłem swój pierwszy
odczyt: o doborze gatunków i Darwinie. Wtedy
właśnie wkraczałem w mój kryzys, zresztą opóźniany przez nawał zajęć, jakich
przysparzało mi moje królestwo akwariów, słojów i klatek z ptakami czy białymi
myszami. Nie wątpiłem o jednym: że mój przyszły zawód jest już ustalony i że
zostanę przyrodnikiem. Ze zgrozą przyjąłbym
przepowiednię, że jednak zdradzę swoje powołanie.
Muszę tutaj na chwilę zająć się tłem ludzkim, na jakim
rozwijały się nasze upodobania i gniewy. Z masy krzyczących i niechlujnych
młodych twarzy niektóre tylko musiały dla nauczycieli wyróżniać się jakimś
zadatkiem indywidualności. Podobnie Olimp wychowawców dzielił się dla nas na
kilku protagonistów i chór. Pomniejsi władcy zasługiwali na uwagę ze względu na
swoje dziwactwa. Tak na przykład geograf nazywany gorylem uosabiał dla nas czemuś przeszłość i w istocie
chyba wykładał jeszcze w carskim gimnazjum. Ogromny drab, czarny na gębie, z
czarnymi wąsami, nosił spodnie w prążki i żakiet. Rozwalał się na krześle i
straszliwie ziewał, pokazując czarne, jak nam się wydawało, podniebienie, co u
psów jest oznaką złośliwego charakteru i sprawdzało się na jego przykładzie.
Jego nuda udzielała się natychmiast wszystkim i rozpętywało się pandemonium.
Wtedy, za leniwy, żeby używać słów, wymierzał palec wskazujący w
stronę ławek i zakreślał ręką niedbałe
półkole. Wskazany szedł ku katedrze i stawał w kącie. Pod koniec lekcji ławki
były niemal wyludnione. Ten czy historyk dziadzia Kalaszeuski, mówiący z silnym
białoruskim akcentem, zaliczali się jednak do figur drugiego rzędu, często poza tym zmienianych.
Na pierwszym planie sceny występowały dwie tylko osobistości,
potężne wpływami, toczące ze sobą bój o nasze umysły i przeznaczone na zostanie
z nami na zawsze, poza biegiem czasu. Kiedy już na uniwersytecie przeczytałem
Czarodziejską górę Manna, spostrzegłem, że jest to właściwie książka o
nich - jeżeli spór jezuity Naphty z humanistą Settembrinim uznamy za ważniejszy
niż dzieje Hansa Castorpa. Nie jest moją winą, że daję portrety tak bardzo
literackie: rzeczywistość niekiedy lubuje się w takich, jakby wyjętych z
książek, sprzecznościach. Nasz Naphta miał okrągłą twarzyczkę przywiędłego
chłopca, włosy przycięte w grzywkę nad czołem i ruchy pokornego sługi bożego, z
częstym spuszczaniem oczu. Nic w nim nie pozwalało odgadnąć, gdzie i jak żył, zanim został księdzem, czy na
wsi czy w mieście, czy w rodzinie arystokratycznej czy plebejskiej. Nie
przypominał pod tym względem innych znanych nam księży. Niektórzy z nich pod
Sutanną chowali gwałtowność byłych żołnierzy i zabijaków. Innych cechowała
chłopska powolność czy kanciastość. Nasz prefekt rósł chyba od razu w cieniu
kruchty kościelnej, przemykając się ze złożonymi rękami między złoceniami
ołtarzy. Gdyby był synem zakrystiana, najbardziej odpowiadałoby to jego
wyglądowi.
Niepozorne ciało poruszała zaciekła i zapiekła dusza. Dawały o
niej znać bolesne bruzdy koło ust, twarde niebieskie spojrzenie, jeżeli
podnosiły się powieki, ciemny rumieniec hamowanej furii. Z zamiłowania był
inkwizytorem. Odgadywał po drgnięciu mięśnia na twarzy, po przechyleniu głowy
błyskawicę zdrożnej refleksji. Przebywał w wymiarze, gdzie obowiązywała
bezustanna czujność, napięcie, gdzie w każdej sekundzie trzeba odpierać ataki
diabła. Grzech nie oznaczał dla niego tylko wykroczeń przeciw przykazaniom: rozgałęział się i zapuszczał swoje macki,
przybierając pozory niewinnych rozrywek. Do kopania piłki na podwórzu Chomik,
jak przekręcaliśmy jego nazwisko, odnosił się nieżyczliwie, widząc w tym jakby
zapowiedź, że zbliża się już nasz wiek męski, kiedy diabeł musi zwyciężyć. Głos grubiejący w okresie
mutacji wywoływał w nim odruch wstrętu, a zapach dymu papierosów traktował jako
materialny znak obecności wroga: płci. Do dzieci odnosił się łagodnie, ale kiedy
przekształcaliśmy się już w podrostków,
okazywał swoim zachowaniem w klasie, że ma przed sobą istoty upadłe. Raz,
podczas przerwy, jeden z nas narysował na tablicy baterie i przewody
elektryczne, tłumacząc kolegom jakieś zadanie z fizyki. Chomik przechodził
korytarzem i, uchylając drzwi znienacka, jak
to lubił robić, zerknął na kredowe koła i elipsy. Wystarczyło to, żeby zapalił
się jednym ze swoich najciemniejszych rumieńców i pobiegł do dyrektora, gdzie
złożył raport, że zastał wyrysowane na tablicy narządy płciowe.
W jego ponurej
wizji zło natury ludzkiej nie nadawało się do wyleczenia
żadnymi duchowymi środkami. Można sądzić, że nie wierzył
w działanie Łaski, jeżeli wymykała się ludzkiej
kontroli, i nie uważał błędów za coś może czasem
potrzebnego na drodze do zbawienia. Równocześnie
kurczowo chwytał się obrazu jasności otoczonej przez
ciemność: ocalonych poznaje się po zewnętrznych dowodach
cnoty, tj. posłuszeństwie przepisom, niewinnej intonacji
głosu, pokornych ruchach - czyli po treningu. Ale kto
należał do ocalonych? Chyba tylko Dzieci Marii z
niebieską wstęgą przez ramię, ze świecą w ręku. W każdym
razie, ponieważ dobro jest i tak niedostępne, należy
przynajmniej narzucić dyscyplinę sobie i innym, bo
jeżeli pozostaje jakaś nadzieja, przemiana natury może
dokonać się tylko od zewnątrz ku wewnątrz, a nie
odwrotnie. Reprezentował więc w sposób skrajny starą
tezę Kościoła katolickiego, że nie możemy zbliżyć się do
Boga inaczej niż za pośrednictwem zmysłów, że wiara i
cnota jednostki są funkcją zachowania się pewnej
zbiorowości. Chodząc na mszę, przystępując do
sakramentów, nawet mimo woli nasiąkamy stylem
,
który tak jak miedź jest dobrym przewodnikiem elektryczności, służy za
przewodnik pierwiastkowi nadziemskiemu. Ponieważ ludzie są słabi, szaleństwem
byłoby puścić ich samopas i liczyć, że
odnajdą sami, wbrew stylowi otoczenia, łączność z Bogiem. Należy raczej tę
łączność choćby nielicznym ułatwić, wytwarzając w masie odruchy warunkowe.
Zmuszając nas do udziału w obrzędach, Chomik pewnie nie miał wielu złudzeń. Ale
nie mieli ich i jego poprzednicy,
nawracający mieczem heretyków.
Na pełne wykonywanie własnej woli pozwalało mu stanowisko. Nie
różniło się ono bardzo od tego, jakie zyskał później w szkołach środkowej i
wschodniej Europy wykładowca marksizmu-stalinizmu. Chomik stale pracował nad
coraz doskonalszym wiązaniem oczek swojej sieci. Obecność na niedzielnej mszy
była obowiązkowa, ale kościoły w mieście nie dawały pewności nadzoru, wobec tego
urządził w naszym gmachu kaplicę, gdzie jego pełnomocni zaznaczali na
listach nieobecnych krzyżykiem. Pełnomocni
rekrutowali się z jego przybocznej gwardii: Sodalicji mariańskiej. Co kwartał
przystępowało się do spowiedzi i Komunii. W okresie Wielkanocnym odbywały się
długie rekolekcje. Żeby uniknąć kłamstw i wykrętów, nasz teokrata oparł wgląd w czystość dusz na zdrowej podstawie:
wprowadził dowody na piśmie. Przystąpiwszy do spowiedzi, otrzymywało się w
konfesjonale wąski skrawek papieru z pieczęcią, który należało następnie oddać
prefektowi. Na jego sprawiedliwość trzeba powiedzieć, że nie organizował donosicielstwa. Jeżeli
zdarzały się wypadki, to wynikały z lizusostwa czy religijnej gorliwości
Sodalistów.
Wykłady swoje urozmaicał mało wybrednymi szyderstwami na temat
innych religii, mody i rozumu ludzkiego. Nie unikał też rzucania wyzwisk na
socjalistów, starając się wyrobić w nas odruch wrogości na sam dźwięk tego
słowa. Zręczność jego wywodów załamywała się nagle, kiedy przeskakiwał do spraw
współczesnych i sam obrażony dobry smak mógł skłaniać niektórych z nas do
przekory.
Jego nieprzyjaciel, nauczyciel łaciny, Adolf Rożek, był
zupełnym przeciwieństwem, chociażby przez swoją wykwintną, ledwo dostrzegalną
ironię, poza którą w walce nie wykraczał, traktując poza tym księdza z
kurtuazją. Jego zawsze gładko wygolona twarz miała w sobie coś z rzymskiej
rzeźby. Być może tak ukształtowało ją przejęcie się zasadami klasycznego umiaru.
Nienagannie ubrany, niekiedy z czerwonym kwiatkiem w butonierce, powinien by był
właściwie nosić togę. Panował nad nami z łatwością, prawie nigdy nie podnosząc głosu, samą swoją z lekka złośliwą
powagą. Syn galicyjskiego proletariusza, należał do ostatniego chyba pokolenia
tych wychowanków monarchii habsburskiej, którzy wchłaniali od wczesnych lat
szkolnych duże porcje łaciny, greki i komentarzy do starożytnych autorów. Na lekcjach troszczył się
nie tylko o słownik i gramatykę. Kiedy opuściliśmy Juliusza Cezara i Cycerona,
czyli gimnastykę zdań wtrąconych, a zabraliśmy się do Owidiusza i Horacego,
godziny Rożka zmieniły się w renesansową naukę pięknego łączenia wyrazów. Najpierw odbywało się
czytanie i jeżeli uczeń wadliwie skandował heksametr albo strofę alcejską, z ust
nauczyciela wydobywały się syknięcia, jakby kłuto go szpilką. Prawdziwa praca
zaczynała się po gramatycznym rozbiorze. Wtedy szukano razem słów najbliższych oryginałowi
odcieniem. "Tak - i marszczył brwi - to już nieźle, ale to brzmi chropawo. Kto
proponuje coś lepszego?" Polska składnia zostawia sporą swobodę w szyku zdania.
Rożek dbał o to, żeby zatrzymać się na granicy, za którą wpada się w sztuczność, choć ponosiła go
niekiedy wrażliwość na składnię łacińską - jak ponosiła w przeszłości wielu
polskich autorów. "Żółte miody sączyły się..." - już dochodziliśmy do wyniku,
tłumacząc opis wiecznej wiosny u Owidiusza. Zatrzymywał nas ruchem ręki. Znów kołowaliśmy między
podmiotem, przydawką i orzeczeniem, żeby wreszcie po wielu próbach odczytać
zbiorową zdobycz:
-
I żółte z zielonego dębu sączyły
się miody.
Często na jedną taką linię zużywaliśmy całą godzinę i na rok
szkolny nie przypadało więcej niż kilka stron wierszy. Jednakże dzisiaj,
porównując, widzę zupełną niewspółmierność pomiędzy wpływem, jaki na mnie
wywarły te ćwiczenia, i szczupłością używanego do nich materiału. Chociaż wtedy
tego wcale nie podejrzewałem, czas im
poświęcony ważyć miał więcej niż całe dnie magazynowania bezużytecznej później
wiedzy z różnych dziedzin. I ostatecznie nie chodzi o tęsknotę do Złotego Wieku
czy o zamek Słońca, który stał wsparty na błyszczących kolumnach, o Faetona
spadającego z nieba, o śnieżny szczyt góry
Soracte czy o pasterzy z Bukolik.
Nawet nie o strzępy wierszy, powracające później obsesyjnie w różnych
okolicznościach życia, chociaż ich dźwięczność obudziła miłość do rytmu i
niechęć do poezji zbyt płynnej:
-
Trahuntque siccas machinae
carinas
z bardzo długim i w carinas. Najważniejsza jest raz nabyta umiejętność skupienia
uwagi nie tylko na znaczeniu, ale na sztuce powiązań, pewność, że to, co się
mówi, zmienia się w zależności od tego, jak się mówi. Upór Rożka pokazywał, że
warto dążyć do doskonałości i że nie mierzy się jej zegarkiem, czyli skłaniał do
szacunku wobec literatury jako owocu żmudnej pracy.
Rożek opowiadał nam o instytucjach Rzymu, życiorysy poetów
przeplatał anegdotami, np. o Owidiuszu, który, bity przez matkę za pociąg do
poezji, płacząc przyrzekał - wierszem: lam, lam non faciam /
Versus carissima mater, zapuszczał się także
w rozmowy o malarstwie i o teatrze współczesnym. Jego współpraca z miejscowym
teatrem była bardzo żywa - w niektórych przedstawieniach brały udział jego
dzieci - mały chłopak i dziewczynka. Jemu też mieliśmy do zawdzięczenia teatr
szkolny. Okazał się dobrym reżyserem (Pana Beneta Fredry). Jako wychowawca naszej klasy założył samorząd i
na tym przykładzie, będąc jednym z mówców i warchołów, przekonałem się o
trudnościach demokracji kierowanej. Wypowiedzi politycznych unikał, choć wiadomo
było, że jest socjalistą. Promieniowała z niego optymistyczna wiara w rozum
ludzki, w zdolność do zespołowych osiągnięć i w postęp.
Pomiędzy takim Naphtą i takim Settembrinim dawano nam, przez
samą ich obecność, do wyboru. Bunt przeciwko księdzu przechylał szalę na korzyść
łacinnika. Mój kryzys religijny nie odbył się zresztą jednorazowo, nie zakończył
się jasnym "tak" albo "nie", i wstępując na
uniwersytet, nie miałem go wcale za sobą. Co nie znaczy, że brakowało mu
ostrości. Dążyłem do zbudowania intelektualnych pomostów pomiędzy
nieprzylegającymi do siebie całościami. Podobne dążenie było na ogół obce moim
kolegom, którzy dziedzinę religijną uważali
raczej za wydzieloną i poddaną przepisom konwenansu. Przez swój żar zyskiwałem
wśród nich pozycję Żyda wśród gojów.
Jeżeli prawem Natury jest morderstwo, jeżeli przeżywa silny, a
ginie słaby, i tak od milionów, milionów lat, gdzie jest miejsce na dobrego
Boga? Czemu człowiek na malutkiej gwieździe zawieszonej w pustce, nie więcej
znaczącej niż drobnoustroje pod mikroskopem, wyłącza swoje cierpienie, takie
samo jak ptaka z przestrzelonym skrzydłem i zajęcy pożeranych przez lisy,
dlaczego ono ma być tylko godne uwagi i
Odkupienia? Skąd ta wyjątkowość i skąd, jeżeli tak, okrucieństwo choroby,
śmierci, tortur zadawanych ludziom przez ludzi, dowód, że prawo Natury rozciąga
się i na ten gatunek? Czym różni się tłum na ulicy od zbiorowiska ameb,
poza tym, że odruchy elementarne ludzi są
bardziej złożone? Takie pytania wtrącały mnie nieraz na całe tygodnie w stan
zbliżony do fizycznej choroby. Czas nauk przyrodniczych jest przestrzenny, nie
daje się wyobrazić inaczej niż jako linia rozciągająca się wstecz i naprzód w nieskończoność. Czysto przestrzenna
jest teoria ewolucji. Wieczność wtedy albo przedstawia się też jako linia, albo
wymyka się umysłowi całkowicie. Niełatwo jest wpaść na pomysł, że oznacza
poza-czas, że więc z jakiejś boskiej perspektywy zburzenie Niniwy, narodziny Chrystusa i data
wypisana na zeszycie szkolnym są równoczesne, że zresztą w tej perspektywie
ginie również rozciągłość i znak równania może być postawiony pomiędzy
"wielkością" galaktyki i atomu.
Odpowiedzi szukałem w podręczniku, któremu zawdzięczam sporą
część mego wykształcenia. Był to podręcznik historii Kościoła. Nie wyniosłem
wiele z posiekanych na fragmenty kronikarskich wiadomości wtłaczanych nam w
głowy jako historia Polski i innych krajów. Tu natomiast miało się przed sobą historię całej Europy. Dlatego sądzę
dzisiaj, że przejście przez szkołę katolicką jest bardzo pożyteczne dla kogoś,
kto stara się utrzymać w sobie "świadomość europejską".
Poszczególne rozdziały podręcznika urozmaicał petit, nim to
podawano dość dokładne opisy różnych herezji. Moimi ulubieńcami byli gnostycy,
manichejczycy i albigensi. Nie zasłaniali się przynajmniej ogólnikową wolą Boga,
żeby usprawiedliwić okrucieństwo. Konieczność rządzącą wszystkim, co jest w
czasie, nazywali dziełem złego demiurga,
przeciwstawianego Bogu, który, w ten sposób wyłączony poza nawias, przebywał w
sferze jemu tylko właściwej, wolny od odpowiedzialności, jako przedmiot
pragnień. Te pragnienia oczyszczały się tym bardziej, im bardziej zwracały się
przeciw ciału, tj. Stworzeniu. Nie znałem
wtedy tego zdania manichejczyków: "Duch rozdarty, podzielony na cząstki,
ukrzyżowany na przestrzeni" - z wyraźnym atakiem przeciwko czasoprzestrzennemu
światu. Niemniej znajdowałem w peticie dość informacji jak na moje
rozmyślania. Dualistyczna gorycz, Absolut
ocalony za tę cenę upajały mnie jak chropawa powierzchnia po gładziźnie, której
nie da się uchwycić. Autorzy podręcznika ostro potępiali rozpustę, uprawianą
przez niektórych manichejczyków jako środek "walki z ciałem", ale nie wydawało mi się to przekonywające. Rozumiałem
nieźle ten przeskok psychiczny: jeżeli jesteśmy w mocy Zła, trzeba robić niejako
na złość, zanurzyć się w nim tak głęboko, jak to tylko możliwe, żeby pogardzać
sobą jak najbardziej. Przekonałem się później, że dualistyczne pierwiastki są u katolików bardzo
silne. Na przykład te dziewczęta, które spędzają noc z kimś dla sportu, wiedząc,
że muszą rano obudzić się w porę, żeby nie spóźnić się na mszę - jest w tym coś
więcej niż zwykła obłuda, podobnie jak nie
wystarczy nazwać obłudnikiem księdza żyjącego w konkubinacie. Współistnienie
nędzy cielesnej i aspiracji duchowej, z pewnym spokojem traktowane przez
katolicyzm, sprzeciwia się jednak skrajnym skłonnościom młodzieńczej duszy. Chce
ona rozstrzygnąć: niech będzie albo, albo. Stąd mój pociąg do manichejczyków.
Herezja, zapłodniona przez moje zainteresowanie biologią, nie
skłaniała mnie, rzecz dziwna, ku humaniście, ale, poprzez bunt, ku prefektowi.
Moje uczucia wobec niego były złożone i nie mniej perwersyjne niż wobec mistrzów
Gnozy. Jeżeli Natura jest siedzibą Zła, to on występował jako zwolennik
anty-Natury. Zakreślał inne prawo, zmagał się z wrogiem. Księciem Tego Świata.
Jak cała nasza klasa podśmiewałem się z obłąkanych chwilami występków
Chomika i z jego podejrzliwości. Jednak jego
stara sutanna, jego umęczona pokusami twarz i wewnętrzne napięcie budziły litość
i wytwarzały jakby poczucie pokrewieństwa. Co temu mógł przeciwstawić Rożek? Na
jakiej podstawie zachęcał do wiary w rozum naturalny, czyli poddany Konieczności i wpadający we wszelkie
sidła, jakie zastawia fizjologiczna przynależność do zwierzęcego gatunku? Na
jakiej podstawie opierał swoje przekonanie, że "tu kończy się zwierzę, a tu
zaczyna się człowiek"? Było to jeszcze mniej jasne niż nauki Kościoła. Tak więc można by określić mój
stosunek do Rożka jako sympatię podgryzaną szyderstwem, a stosunek do prefekta
jako szyderstwo podgryzane sympatią.
Odkryłem też jeszcze jeden powód do nieufności wobec
wszystkiego, czym jesteśmy. Przeżywałem co pewien czas silne uniesienia
religijne i równocześnie drugą połową siebie stosowałem do nich refleksję,
dochodząc do niezbyt miłych wniosków. Bo weźmy dobre uczynki albo oczyszczenie z
grzechów na spowiedzi. Spełniając dobry uczynek, odpierając pokusę albo odchodząc od konfesjonału, myślimy, że
jesteśmy w takiej chwili dobrzy, czyli tym samym popełniamy grzech pychy,
wynoszenia się nad innych, bo nie potrafimy powstrzymać się od porównywania
siebie z nimi, żal nam grzeszników, od nas gorszych. Cóż warta jest więc cnota? Nieświadomie szedłem
więc ścieżką św. Augustyna, natrafiając na jedno z kluczowych zagadnień
chrześcijaństwa. Przez nacisk, jaki kładł na skażenie natury ludzkiej, prefekt
był mi wtedy bliski. Równocześnie odpychał mnie przez swoje wymagania udziału w obrzędach. Łapczywie
czytając w podręczniku o sporze pomiędzy tymi, którzy wszystko uzależniali od
Łaski, i tymi, którzy zostawiali pewien zakres ludzkiej woli, hodowałem w sobie
upodobania protestanckie.
Chomik, kurcząc
się ze wstrętu na dźwięk mutujących głosów i
dostrzegając grzech w dymie tytoniu, miał, przyznajmy
to, sporo racji. Niewinność kończy się, kiedy pojawia
się j a, czyli stara pycha upadku: "Będziecie jako
bogowie znający złe i dobre". Nigdzie nie uwydatniła się
ona u mnie wyraźniej niż w niedzielne ranki. Różne
okoliczności złożyły się na to, że jako uczniowie
wyższych klas zamiast do kaplicy szkolnej chodziliśmy w
niektórych miesiącach na mszę do kościoła św. Jerzego.
Był to kościół uczęszczany przez tzw. dobre towarzystwo.
Po wyjściu z niego odbywała się defilada na deptaku.
Oficerowie salutowali, mecenasowie i doktorzy
rozdzielali ukłony, kobiety pokazywały swoje uśmiechy,
futra i kapelusze. Posuwając się w tym tłumie albo
stojąc na skwerku, byłem naładowany nienawiścią aż do
pęknięcia. Człowiek, moim zdaniem, coś znaczył tylko
przez swoją namiętność - do przyrody, myślistwa czy
literatury, byle wkładał w to całego siebie. Ale to były
małpy. Jakiż jest ich sens? Po co istnieją? Wzbijałem
się na jakąś boską wysokość i trwałem nad nimi jak nad
preparatem. Rodzą się, sekunda, umierają i żadnego
śladu. Spójrz no na ich mizdrzenie się, intryżki,
wzajemne względy, zabiegi o pieniądz i pokazanie się.
Nic poza tym w nich nie ma. Owijałem się w samego
siebie, powołanego, jak sądziłem, do wielkich zadań.
Czyli traktowałem ich jako rzeczy
.
Doświadczenie nie do zakomunikowania, tylko moje własne.
Zdziwiłbym się, gdyby mi ktoś wyjaśnił, że wcale nie było tak własne, jak mi się
zdawało, i że ma nazwę: "nienawiść do burżuazji". Ponieważ ten rodzaj pogardy,
choć intelektualnie użyteczny, prowadził mnie później do wielu błędów,
podejrzliwie dzisiaj odnoszę się do intelektualistów deklamujących o rewolucji.
Miłość do uciskanych dostarcza im pretekstu, ale grają swoją grę. Pretekstem jest też ostatecznie pełniejsze
zrozumienie (np. "procesów historycznych"). Chodzi o to, żeby innych zepchnąć do
rzędu przedmiotów, a siebie uznać za podmiot. Już we wczesnym dzieciństwie
czerpałem poczucie wyższości z moich rozmyślań nad powszechnością śmierci: ci naokoło mnie nad tym się
nie zastanawiają, ja się zastanawiam, tym samym góruję nad nimi. Nie inaczej
upaja się zresztą ten, kto rozbiera w myślach kobietę na ulicy: bardziej niż
seks interesuje go sama władza. Można się obawiać, że byłem potencjalnym oprawcą. I jest nim każdy,
komu z pomocą jego j a przychodzi przyrodniczy sposób myślenia. Pokusa, żeby
przenieść na społeczeństwo prawa ewolucji, jest wkrótce prawie nie do odparcia.
Wtedy inni zlewają się w "masę", podporządkowaną tzw. wielkim liniom rozwoju. On przenika swoim
rozumem te wielkie linie, czyli jest wolny, ponad niewolnikami.
Jeżeli z czegoś powinienem był się spowiadać, to z tego. Sprawa
była jednak zbyt skomplikowana, jak zwykle, kiedy naturalną skłonność każdego
człowieka do odgrodzenia się swoją dumą od innych spotęguje sadystyczna
wyobraźnia piętnastolatka. Czy więc ja ponosiłem winę czy Adam we mnie? Zresztą
napełniał mnie już całego duch protestu i wstępowałem otwarcie na ścieżkę
wojenną.
Udział w obrzędach razem z małpami poniżał mnie. Religia jest
rzeczą świętą, jak to może być, żeby ich Bóg był jednocześnie moim Bogiem? Jakie
mają prawo przyznawać się do niego? "Ale ty, gdy się modlić będziesz, wnijdźże
do komory swojej, a zawarłszy drzwi módl się do Ojca twego w skrytości". Wobec wyraźnie niższych
należało raczej ogłosić się za ateistę, żeby wyłączyć się z kręgu niegodnych.
Należało zburzyć religię jako konwenans społeczny i przymus. Jak widać, w mojej
walce z Chomikiem splatały się w jedno najlepsze i najgorsze motywy. Smak niezależności, wstręt do
wszelkiej hipokryzji, obrona wolności sumienia szły w parze z intelektualną
arogancją, z przekonaniem, że rozumiem więcej niż ktokolwiek, i ze wstydliwą
troską o czystość. Zaczynało się od utarczek, czyli zadawania prefektowi podczas lekcji podstępnych
pytań o subtelnościach dogmatów. Wojna przybierała na sile, aż do wielkiej
batalii włącznie, kiedy publicznie oświadczyłem, że z powodu wprowadzenia kartek
nie będę chodził do spowiedzi. Chomik prawdopodobnie dygotał wewnętrznie,
zaczynając u nas wykład. Wprawdzie klasa zachowywała się biernie, pomrukami
tylko wyrażając dziką satysfakcję, jakiej dostarczało widowisko zapasów jednego
narwańca z autorytetem szkoły. Parszywa owca zarażała ją jednak
bezczelnością. Przewrażliwienie Chomika
wkrótce osiągnęło takie rozmiary, że nawet jeżeli siedziałem cicho, przerywał,
co mówił, w pół słowa i krzyczał na mnie: "Ty masz nieprzyzwoity wyraz twarzy,
wyjdź za drzwi!". Gdyby to od niego tylko zależało, wyrzuciłby mnie chyba ze szkoły, ale grupa nauczycieli, którą można
nazwać partią Rożka, chroniła mnie jako "zdolnego".
Niepoślednią przyczyną konfliktu były szczególne cechy
polskiego katolicyzmu. Ukształtowała go sytuacja historyczna krajów na
wyznaniowych peryferiach, zwłaszcza w XIX wieku, czyli opór przeciwko
protestanckim Prusom i prawosławnej Rosji. Cała kultura polska rozwijała się w
orbicie Watykanu i nie stanowił wyjątku niedługo trwający ferment reformacji,
kiedy wielki spór raczej budził ciekawość dla papiestwa, niż od niego ostatecznie oddalał. Kiedy po
upadku państwa pojawił się zraniony nacjonalizm, pomiędzy pojęciami "Polak" i
"katolik" postawiono znak równości. Pod władzą caratu zmiana wyznania na
prawosławne powodowała wyłączenie ze wspólnoty: taki człowiek zasługiwał na nieufność jako potencjalny
albo rzeczywisty kolaborant. Religia stała się więc instytucją, dzięki której
przechowywała się odrębność narodowa, i pod tym względem Polacy przypominali
Żydów w imperium rzymskim, a żeby podobieństwo było pełniejsze, nie brakło wśród nich prądów
mesjanistycznych. Tak mocna spójnia doprowadzała do rozpaczy Rosję, której nie
udawało się Polaków strawić. Ci jednak płacili sporą cenę za swoją wytrzymałość
na zewnętrzne naciski: tam, gdzie nie da się określić, co jest obyczajem narodowym, a co religijnym,
religia zmienia się w siłę społeczną, konserwatywną i konformistyczną. Wtedy,
próbując zerwać więzy, jakie nakłada na nas środowisko, musimy ją tym samym
atakować. Mój protest przeciwko rozczulającym mitom i przepisom narodowym, przeciwko starzyźnie wrogiej
niepokojom, czyli przeciwko wytwornemu towarzystwu z deptaku, był dość
zrozumiały, jeżeli się go oddzieli od podejrzanych przypraw. Skąd się brał,
niełatwo byłoby zbadać, zapewne z wrażliwości na fluidy Zeitgeistu, co zresztą niewiele
wyjaśnia.
Polski katolicyzm, choć przeniknął głęboko w umysłowość i
wywołał u Rosjan chorobliwą nienawiść do Watykanu, pozostał w pierwszym rzędzie
przywiązaniem do liturgii. Słabe są w nim tradycje biblijne, podróż Objawienia w
czasie nie wypełnia się treścią, co nie sprzyja zobaczeniu form zewnętrznych w
ich rozwoju. Nigdy z Chomikiem nie otwieraliśmy Starego Testamentu, który uważał
za książkę dla nas niewskazaną. Jednak gdyby poświęcił czytaniu i
komentowaniu np. Księgi Hioba choćby część
godzin, jakie humanista poświęcał jednemu wierszowi Horacego, odnieślibyśmy
większą korzyść niż z jego krótkich opowiadań o prorokach, gdzie zajmował się
tylko prefiguracjami Chrystusa. Mógłby nam wyjaśnić, jak cenny jest respekt dla tajemnicy, który każe przemilczać najwyższe
imię. Mógłby nas też pouczyć, że judaizm, w przeciwieństwie do swoich rywali w
starożytności z ich cykliczną wizją świata, ujmował Stworzenie w ruchu, jako
dialog, jako wyłanianie się ciągle modyfikowanych pytań i ciągle modyfikowanych odpowiedzi i że tę
właściwość odziedziczyło po nim chrześcijaństwo. Zaszczepiłby nas, tak
postępując, przeciwko zbyt łapczywemu chwytaniu się pewnika, że ludzkie
rzeczy stają się, a nie tylko są,
czyli oswoiłby nas z historią. Ale był pozbawiony wyobraźni i od naporu
współczesności odgradzał się barierą sztywnej postawy.
Poza tym katolicyzm polski wykazuje silną skłonność do ujęcia
grzechu niemal jako deliktu prawa rzymskiego i Chomik nie stanowił tu wyjątku.
Niezupełnie to zgadzało się z jego głębszym przekonaniem o zasadniczym skażeniu,
bez ratunku w przepisach. Ale mnożył kazuistyczne rozróżnienia, jakby stosując
maksymę kodeksu karnego: nullum crimen sine lege. Czy zjeść coś punktualnie o północy, kiedy rano przystępuje
się do Komunii, jest grzechem czy nie jest? Kiedy przekroczenie postu będzie
grzechem ciężkim, a kiedy powszednim? Co wolno robić w niedzielę? Co staje się z
nie ochrzczonymi dziećmi, jeżeli umrą, skoro nie mogą dostać się do Czyśćca ani
do Nieba? Ilość tych przegródek przerażała.
Pod tym względem Chomik był kapłanem Starego Testamentu. Ponieważ miałem
sumienie skrupulatne, żyłem stale z poczuciem winy. Można odgadnąć, że to poczucie rozciągało się tym
bardziej na sprawy płci. Katolicyzm jest wobec nich dość pobłażliwy, ale znaczna
ilość wychowanków naszego prefekta nie uwolniła się na pewno nigdy od urazów i
każdy akt seksualny, nawet błogosławiony przez Kościół, był dla nich złem.
Wyjście mogli znaleźć tylko manichejskie: rozwiązłość planowa, z przezwyciężeniem samego siebie, ponieważ ideał
zachowania się jest w ogóle niedostępny.
Chomik nie umiał nam naprawdę pokazać, że obowiązek moralny
dotyczy osoby innego człowieka. Jego system kar i nagród (paragrafy zaopatrzone
w sankcje) kierował się dośrodkowo, ku zbawieniu indywidualnej duszy i oddając
innym, "co im się należy", spełniało się tylko negatywny warunek, a prawdziwa
praca zaczynała się jakby po zamknięciu okna, przez które wygnano dokuczliwe
owady. Nie znaczy to zresztą, że zachęcał nas do kontemplacji, po prostu do rytualnych oczyszczeń,
których przedmiotem jest nasza własna osoba. Widzę w tym również cechę polskiego
katolicyzmu. Podkreśla ona silnie odpowiedzialność wobec istot zbiorowych, tj.
Kościoła i Ojczyzny, w dużym stopniu utożsamionych, ale spycha na podrzędne miejsce
odpowiedzialność wobec ludzi żywych i konkretnych. Sprzyja idealizmowi różnych
gatunków i absolutyzuje działanie: powinno ono zawsze mieć na widoku wielkie
cele. Stąd, być może, pochodzi zdolność Polaków do bohaterskich porywów i lekkomyślność czy niechlujstwo w
związkach z innym człowiekiem, a nawet obojętność na jego cierpienie. Noszą
gorset - rzymski gorset - który pęka po jakiejś porcji alkoholu i wtedy wyziera
spod niego chaos, mniej spotykany w cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Religia rzadko jest dla nich
doświadczeniem wewnętrznym, najczęściej zbiorem nakazów ugruntowanych na
przyzwyczajeniach i przesądach plemiennych, przez co są stale w niewoli
Społecznego Zwierzęcia Platona. Ich literatura jest wypełniona problemem obowiązku wobec istot zbiorowych
(Kościół, naród, społeczeństwo, klasa) i wynikających stąd spięć. Nic dziwnego,
że siła negacji u niektórych była wprost proporcjonalna do siły tej
tradycji.
Ksiądz uważał mnie za ateistę, w czym się mylił. Co prawda
wprowadzałem go w błąd z zazdrości: to, co jest ukryte, jest nam droższe, niż
gdybyśmy to ogłaszali publicznie. Podobną skłonność zauważyłem później u
krypto-katolików należących do aparatu komunistycznego państwa. Ich religijność
była bardziej żarliwa niż u otwarcie
praktykujących wiernych. Miałem za mało danych na zostanie ateistą, bo żyłem
stale w podziwie, jakby przed zasłoną, która przecie musiała się podnieść
któregoś dnia. Mój temperament był kontemplacyjny, nie skłaniający do
aktywnego życia, i notatki przyrodnicze,
chwile nad mikroskopem czy następnie literatura poddane były temu samemu prawu
unieruchomionej w jednym punkcie uwagi. Poza tym w domu brakowało powodów do
religijnego buntu. Indyferentyzm ojca nie powodował, jak się często zdarza, dewocyjnej gorliwości matki, która była
katoliczką praktykującą, ale bez podkreślania wagi praktyk. Natomiast wszystko,
co się działo, było dla niej współzależne, przeznaczone, a jej kult tajemnicy w
tym ukrytej wskazywał na trwałość trochę pogańskiego mistycyzmu, tak często
spotykanego na Litwie. Świat był dla niej miejscem sakralnym, choć rozwiązanie
jego zagadki miało nastąpić za grobem. Tolerancja jej wyrażała się zdaniem:
"Każdy chwali Boga, jak umie", i trudno jej, jak się zdaje, przyszłoby uznać za pewne, że religia katolicka jest jedynie
prawdziwa. Sztywne kategorie Nieba i Piekła rozpływały się we wzruszeniu ramion:
"Co my wiemy?". Moje szkolne awantury z przełożonymi wcale jej nie
przejmowały.
Jak dać radę z pięknem i równocześnie z matematycznym
okrucieństwem wszechświata? Co jest tutaj pozorem i złudzeniem, a co rzeczywistą
treścią? Zdeptywałem gąsienicę na ścieżce, jak się popełnia seksualny występek:
chciałoby się tego nie robić, ale robimy to, bo żyjemy na ziemi, włączeni
w obrót rzeczy. Jaka różnica, czy zdepczę ją
przypadkiem, czy wtedy, kiedy but jej już dotyka, uświadomię sobie jej obecność
i przycisnę stopę ze złością przeciwko temu, czym jestem? Jeżeli Bóg jest zły,
jak mogę usprawiedliwić moją modlitwę? Kiedy Chomik wyrzucał mnie za drzwi, ja,
protestant, szukałem prywatnej drogi. W dwóch książkach próbowałem znaleźć
pomoc. Były to Wyznania św. Augustyna
i Doświadczenie religijne Williama Jamesa.
Nie ma większego znaczenia, czym są te książki i jak je
interpretowano. Czerpałem z nich, co było mi potrzebne. Jeżeli odrzuci się myśl
o karach i nagrodach po śmierci jako nieprzyzwoitą (bo cóż to za płaska handlowa
transakcja), jeżeli historia chrześcijaństwa budzi wątpliwości nie tylko
dlatego, że służyło ono często za maskę dla
ucisku, także dlatego, że pierwsi chrześcijanie łudzili siebie, czekając na
wypełnienie się czasów; jeżeli dogmaty nie godzą się z myśleniem naukowym -
wtedy należy odkryć inny wymiar, w którym sprzeczności zmieniają tonację i są
uprawnione. Ten drugi wymiar nie przeszkadza
biologii i fizyce, trwa równolegle. Złożoność i bogactwo przeżyć św. Augustyna
były faktem, podobnie jak były faktem uniesienia religijne wielu przeciętnych
mężczyzn i kobiet, opisane przez Jamesa. Jak mi się zdaje dzisiaj, nie wyciągałem pragmatycznego wniosku: skoro coś zapewnia
szczęście i energię, kryterium prawdy i nieprawdy nie ma zastosowania. Raczej
chciałem się upewnić, że moje potrzeby nie są wyjątkiem, i przyjmowałem, że tak
powszechny głód nie może nie być zaspokojony. Czyli rzeczywistość uznałem za znacznie głębszą
niż to, co mogłem o niej pomyśleć, i pozwalającą na różne rodzaje poznania - w
czym byłem wierny matce i wierny Litwie, nawiedzanej przez duchy Swedenborga.
Wewnętrznej pewności nie udawało mi się stłumić: że istnieje błyszczący punkt na przecięciu
wszystkich linii i że wtedy, kiedy go neguję, tracę zdolność koncentracji, a
rzeczy, dążenia rozpadają się w
proszek. Pewność dotyczyła także mojego związku z tym punktem. Czułem mocno, że
nic nie zależy ode mnie, że jeżeli coś zrealizuję w życiu, będzie mi to dane, a
nie zdobyte. Czas otwierał się przede mną jak mgła, przez którą, jeżeli zasłużę,
przebiję się i wtedy zrozumiem.
Komedianctwo, histeria i głupota młodych mężczyzn współistnieją
często nieźle z powagą przemyśleń i prawdopodobnie dla dziewcząt w ich wieku te
brudne, wrzaskliwe stwory, pokrywające nieśmiałość bezczelnością, muszą być
zagadką. Również nauczycielom niełatwo chyba przychodzi odróżnić dane,
zapowiadające przyszłą porażkę, od tych,
które mogą zaprowadzić do odegrania pożytecznej roli w jakiejś dziedzinie.
Zrównoważony Rożek poruszał się wśród tych zawęźleń psychicznych pewniej niż
ksiądz. Skuteczniejsza też była jego walka ze sprośnymi dowcipami i z napadami
zbiorowego śmiechu za najmniejszą aluzją do
szczegółów ludzkiej anatomii. Pod jego chłodną ironią winowajca wił się,
czerwienił i przyswajał sobie niewątpliwą prawdę: że był osłem. Natomiast
Chomik, wytyczając rewiry zabronione i nie umiejąc dostrzec, że w tym złożonym
procesie chemicznym żaden pierwiastek nie
występował oddzielnie, ale wchodził z innymi w ciągle nowe związki, utrudniał
nam jakie takie rozeznanie się w nas samych.
Niemniej musiałem go jakoś umieścić. Ciągła wojna mnie wreszcie
znudziła. Nie ufając idei wszechświata jako mechanizmu - bardzo ładne
osiągnięcia, ale nic z nich nie wynika - dawałem sobie pozwolenie na przesądy i
składając ofiary drobnym bóstwom leśnym, byłbym zgodny z sobą, wiedząc, że
postępuję absurdalnie, ale jeszcze mocniej wiedząc, że robię dobrze, bo łączność z siłami, które są, choć nie da
się ich nazwać, wymaga gestów symbolicznych. Może przesadzam, ale świty i
zmierzchy spędzone na tropieniu ptaków, a także pamięć wojennych
niebezpieczeństw w dzieciństwie nie usposabiały mnie do wiary w
przypadek.
Stale zanurzony w wielkiej całości, byłem, jak to się mówi,
naturą do głębi religijną. Kościół katolicki imponował swoją olbrzymią budowlą,
zwracał się do mnie, nie żądając niczego więcej niż poddania się dyscyplinie, z
zawieszeniem sądu. Pomimo wszystko, jako pilny czytelnik historii Kościoła,
godziłem się z potrzebą dyscypliny, bo sam żadnej nie umiałbym wynaleźć. Czy
była to rezygnacja? Nie traciłem nadziei, że tę łamigłówkę uda mi się rozebrać i
na nowo ułożyć. Chomik zmniejszał się, nie
zajmował już pierwszego planu. Nędzny, ale instytucja również przecie ludzka,
rojowisko pokoleń, czyż mogłaby uniknąć oparcia się na takich jak on? W ostatnim
roku przed maturą ustaliła się pomiędzy nami mało serdeczna grzeczność.
Zorientował się zapewne, że siłą mnie nie
przełamie. Kiedy przestał mnie naciskać, poszedłem do spowiedzi. Akt pokory
wobec Bytu winien był być ściśle dobrowolny i osobisty, poza społecznym
obyczajem. Przyrzekłem sobie, że nie zawrę nigdy przymierza z polskim
katolicyzmem - niekoniecznie używając tego
terminu - czyli że nie poddam się małpom.
Są dzisiaj przede mną obaj. Orzechowe oczy Rożka ogarniają nas
w ławkach skrótem spojrzenia. Spod maski rzymskiego senatora wyglądała u niego
czasem twarz czujnego chłopskiego dziecka, góralczyka z podhalańskiej wioski.
Spaceruje z założonymi w tył rękami i, ważąc zdania, opowiada o dworze Augusta.
Chomik grzebie w fałdach sutanny i wyciąga stamtąd chustkę do nosa. Ponieważ
jest niezbyt czysta, używa jej dyskretnie, trzymając w pięści. Oczy ma sino podbite, w rysach znużenie złej nocy. Obaj
byli dla mnie trochę jak pociski, wybuchające później, niż należało się
spodziewać. Pierwszemu zawdzięczam niesmak, jaki mnie gnębił podczas moich
pierwszych prób literackich. Romantyczne smutki czy automatyzm natchnień przesłaniały tylko tęsknotę do
przejrzystej, logicznej struktury, ale nie zdołały jej usunąć. Drugiemu
zawdzięczam wrażliwość na zapach siarki piekielnej, zasadniczy dualizm,
trudności w nawiązaniu przyjaźni z tym drugim w nas, nad którym nie panujemy, a musimy przełykać wstyd za
niego.
Wojny z Chomikiem wzmacniały moją wrodzoną skrytość, przekorę i
pociąg do postaw sztucznych; albo przybieranych dla samooszukaństwa, albo dla
wyrafinowanej gry. Takie wyniki pedagogiczne nie zasługują może na pochwały.
Jednak nie przeciąłem nigdy tej nici nieprzyjaznego braterstwa, jaka się między
nami zadzierzgnęła. Był dla mnie bardzo obecny, kiedy dowiedziałem się po II
wojnie światowej, że odmówił wyjazdu z naszego, zabranego przez Związek
Sowiecki, miasta. Straszliwy i niezłomny,
został ze swoją parafią.
Nie można przestać być członkiem Kościoła katolickiego - tak
uczy doktryna. I potwierdzają to dwie postawy, zarówno akceptacji, jak
sprzeciwu. Przesłonięty albo ostry, trwa problem centralny i sądzę, że dla
wszystkich wychowanych w katolicyzmie, chcą tego czy nie chcą, filozofia zawsze
jest ancilla theologiae. Może zresztą
inna w ogóle nie istnieje i trzeba przyznać słuszność konsekwentnym przeciwnikom
religii, kiedy tępią wszelką filozofię jako podejrzaną.
Moc katolicyzmu zawarta jest w wielości jego aspektów, które
odsłaniają się i w biegu historii, i w kolejnych fazach indywidualnego życia.
Utrzymujące się od kilku stuleci napięcie pomiędzy nim i "światopoglądem
naukowym", chociaż powoduje kryzys wierzeń w masach, raczej sprzyja obu
antagonistom. Ostatecznie nowoczesna nauka jest tworem judeochrześcijańskim i
chyba dlatego tylko mogła dojść do pojęć o wszechświecie, nieprzetłumaczalnych
na żaden jasny i oczywisty obraz, wyrażalnych jedynie przy pomocy znaków. Ktokolwiek miał okazję
śledzić na sobie samym ten spór, zgodzi się, że sprzeczność jest
płodna.
|