Życie
na wyspach
W XIX wieku powstało pojęcie "bohemy" i miało utrzymać się
długo, także i dzisiaj nie jest pozbawione znaczenia. Cyganie ze Wschodu - to
znaczy z Czech - dali w Paryżu okazję do ukucia tej nazwy, równoznacznej z
polskim terminem "cyganeria". Pogardzani artyści, poeci, nieroby, włóczęgi jak
Cyganie, mieli odpłacić się szczerą odrazą do osiadłego obywatela,
bourgeois, filistra. Amerykański
The Heritage Dictionary daje
następującą definicję bohemy: "Wspólnota osób o artystycznych albo literackich
skłonnościach, wybierająca sposób zachowania się i obyczaje wybitnie różne od
tych, których oczekuje albo które aprobuje większość społeczeństwa".
Jak się zdaje, za zewnętrznymi oznakami niezgody z otoczeniem
kryła się o wiele poważniejsza i zasadnicza postawa wycofania się, toteż
jaskrawość bohemy jest niejako tłem, na którym występują te osoby o
skłonnościach artystycznych albo literackich, które na zewnątrz wcale nie
manifestują jakiegoś szczególnego sposobu życia. Przeciwnie, co dzisiaj jest raczej regułą, starają się
przetrwać, upodabniając się do reszty współobywateli. Ale nawet przebrany za
"normalnego" zjadacza chleba, ukrywający, kim jest naprawdę, artysta zawsze zdaje
się mieć poczucie, że jest obcy, że przychodzi skądś z zewnątrz.
W naszym stuleciu poeta W.H. Auden opowiada, że zapytany przez
współpasażera w pociągu o zawód, nie tylko nie przyznał się do literatury, ale
wynalazł odpowiedź wygaszającą ciekawość: "historyk-mediewista". Są pewne
powody, dla których postanowiłem powiedzieć kilka słów o pojęciu w Polsce
niezbyt szacownym. Po wieku społecznych zaangażowań może przyjść wiek
wyobcowania poetów i artystów.
Nie musi tak być, ale pewnej cykliczności nie można wykluczyć,
tak zresztą jak w różnych krajach oglądamy powrót tzw. dzikiego kapitalizmu,
czyli form gospodarki, które chętnie odsyłaliśmy w przeszłość.
Pewne znane nam warunki przemian we Francji z pierwszej połowy
ubiegłego wieku mogą nas skłaniać do uznania bohemy za zjawisko już czysto
historyczne. Wykazuje jednak ona dużą zdolność do odradzania się, choć
niekoniecznie pod tymi samymi postaciami. Jako że w Polsce nie udzielano dość
uwagi temu bądź co bądź ważnemu komponentowi sceny artystycznej i literackiej,
chciałbym przypomnieć, że warto zastanowić
się nad różnymi odmianami wycofania się na margines, gdzie prawa rynku działają
słabiej, niejako w inny wymiar czy na wyspę.
Wspomniałem o W.H. Audenie. Jest on doskonałym okazem cygana,
który kroczył w masce, to znaczy starał się zachować zewnętrzną szanowność. Nie
był historykiem mediewistą, ale wygłaszał odczyty na uniwersytetach. I tutaj
natrafiamy na nową postać bohemy, właściwą tej ostatniej dekadzie
stulecia.
Przebranie za profesora nadaje piszącemu pożądany status
człowieka o stałych dochodach. Mogę odwołać się tutaj do mego doświadczenia, a
mój tytuł profesora literatur słowiańskich (co to takiego? czy są takie?)
odstraszał równie skutecznie jak mediewistyka Audena. Od paru dziesięcioleci
nasila się wędrówka bohemy na uniwersytety, również wskutek powstania wydziałów tzw. creative
writing, i Allen Ginsberg jako profesor, w
dodatku noszący białą koszulę i krawat, nikogo nie dziwił.
Pojęcie bohemy o tyle może być przydatne, że w skrócie określa
pewną grupę czy społeczność wyobcowaną, niechętną hierarchii wartości uznanej
przez ogół, posiadającą tabele własnych "wielkich", a zarazem godzącą się na
swoje miejsce marginalne w danym kraju. Jak powiedziałem, zewnętrzne oznaki
przynależenia do tej grupy nie są konieczne, bo na przykład Flaubert,
klasyczny jej przedstawiciel, nie miał w
sobie nic z cygana. Jakkolwiek w jego czasach opinia publiczna oskarżała bohemę
o skłonności wywrotowe i o sojusz z komunardami - co sprawdzało się w niektórych
wypadkach, na przykład malarza Courbeta - Flaubert swoją niechęcią obejmował całe społeczeństwo osiadłe, nie
tylko jedną klasę. Oto parę cytat.
- Z listu do Louise Colet, 22
października 1846:
-
- Jaki okropny wynalazek, być bourgeois, nieprawdaż? Po
co jest na ziemi, co na niej robi, ten nieszczęśnik?
Nie rozumiem, na co mogą zużywać czas ci wszyscy
ludkowie, którzy nie zajmują się sztuką. Sposób, w
jaki żyją, jest dla mnie zagadką.
-
- Z listu do George Sand, 10
maja 1867:
-
- Pewnik: nienawiść do bourgeois jest początkiem cnoty. Dla mnie to słowo
bourgeois stosuje się zarówno do
bourgeois w robotniczych bluzach, jak w surdutach. My, tylko my,
to znaczy ludzie pióra (lettrés) jesteśmy Ludem albo
lepiej tradycją Ludzkości.
Szczególne obowiązki literatury polskiej, jej polityczne i
społeczne powołanie, nakazywały milczenie o zasadniczym konflikcie, tak jaskrawo
wyrażonym przez Flauberta. Wyznaczono temu konfliktowi osobne miejsce, niedużą
niszę moderny Przybyszewskiego. Być może tutaj trzeba szukać zasadniczej różnicy
między literaturą polską a literaturami zachodnimi, w których kolejne przewroty idą w parze z
manifestowaniem postawy wrogiej filistrom. Przykładowo: symbolizm francuski,
amerykańska "ekspatriacja" poetów do Europy w początku stulecia, rewolucja
beatników. Kto wie jednak, czy już filomaci w Wilnie, niezależnie od swoich politycznych upodobań, nie mogliby być
rozpatrywani jako prekursorzy cyganerii.
Z kolei jeden z głównych mitów literatury polskiej, mit
poety niezrozumianego za życia, Norwida, należy jak najbardziej do repertuaru bohemy,
i cyganem, włóczęgą miał Norwid zostać całe życie, poczynając od swego udziału w
"cyganerii warszawskiej". Tym różnił się od swoich francuskich rówieśników, że
zamiast świńskości bourgeois obierał
za cel swoich ataków świńskość szlachty.
Do dziedzictwa bohemy należy przeświadczenie, że niezwykle mała
liczba wybranych, otoczonych powszechną obojętnością, tworzy dzieła, które stają
się obiegową monetą pokoleń później. Sprawdziło się to na wielu przykładach,
chociażby na przykładzie ogólnoamerykańskiego mitu stworzonego przez Walta Whitmana. Był on typowym cyganem, który ze
swojej samotnej wyobraźni wywiódł Amerykę możliwą. Dość też czytać listy
Cézanne'a i rozmowy z nim, skąd dowiedzieć się można niemało o jego wstręcie do
bourgeois, nie ustępującym wstrętowi
Flauberta.
Niestety, założenia bohemy, zbanalizowane i przeniesione na
rzekomo ciągłą walkę nowoczesności ze staroświecczyzną, stały się już częścią
kultury masowej i to szczególnie utrudnia zastosowanie tej kategorii do badań
literackich.
Kategoria wybranych, otoczonych
niezrozumieniem ogółu, jednak istnieje, i to niezależnie od dzisiejszej kultury
masowej, skoro od kilku tysięcy lat poeci to głoszą, tak że bohema może zawsze
powołać się na dostojne tradycje, choćby na Odi profanum vulgus,
którym to zdaniem Horacy wyrażał swój wstręt
do niewtajemniczonego tłumu.
Topos wycofania się był zawsze połączony z marzeniem o innym,
lepszym życiu, poza ciężarami cywilizacji.
U rzymskich poetów było to marzenie o ucieczce z miasta do
rolniczych zajęć koło ich wiejskiej siedziby. U chińskich poetów dynastii Tang
wręcz mówi się o schronieniu się gdzieś w górach z dala od Dworu i Rynku. Te dwa
słowa, Dwór i Rynek, występują razem i znaczą zarówno państwo, jak i całą
krzątaninę ludzi przeciętnych, od których poeta chce się dystansować. Topos wycofania się i topos bukoliczny są ze
sobą spokrewnione i nawet nie jestem pewien, czy kółka rosyjskiej inteligencji
lat czterdziestych XIX wieku nie były rojeniami o idylli zarażone, w każdym
razie, kiedy w Petersburgu rozprawiały o falansterach Fouriera.
Pewną pociechą dla wspólnot artystyczno-literackich, silnie
odczuwających swoją inność od otoczenia i swoją wartość - czy lubią pomstować na
społeczeństwo czy nie - jest lektura poetów dawnych, u których 1200 lat temu
można znaleźć to samo poczucie solidarności przeciw. Jak w następującym wierszu
wielkiego poety Tu Fu, który żył pomiędzy r. 712 n.e. a 770:
- Tu Fu
- DO Pl SSU YAO
-
-
- Mamy talent. Ludzie nazywają
nas
- Najwybitniejszymi żyjącymi
poetami.
- Cóż stąd, nasze domy są
ubogie,
- Nasze dowody uznania znikome.
- Głodni, źle ubrani, służba z
pogardą
- Odnosi się do nas. Jeszcze
młodzi,
- A twarze już pomarszczone.
- Kto o nas dba, komu
- Nasze kłopoty w głowie? My
sami
- Jesteśmy dla siebie
publicznością. Umiemy
- Wzajemnie ocenić nasze
literackie
- Zasługi. Nasze wiersze będą
- Powtarzane obok wierszy
umarłych wielkich poetów.
- Toteż jeden drugiego może
pocieszyć,
- Bo zostawimy po sobie
potomstwo.
Proroctwo się spełniło i Tu Fu jest zaliczany do największych.
Odczuwam pokusę zacytowania jeszcze jednego wiersza na nieco inny temat, choć
też pojawia się tutaj przeciwieństwo dobrego życia i uwikłania w zamęt Dworu
oraz Rynku. Tym razem, jak u poetów rzymskich i Kochanowskiego, idealizowana
jest sielskość i naturalność wieśniacza. Skoro o swojej wycieczce na
wieś opowiada poeta, mający w mieście urząd i tytuł
tajnego radcy, łatwo zrozumieć, czemu tęskni do prostoty bytowania bez wielu
potrzeb. Jeszcze trochę, a wybrałby los włóczęgi, cygana, ale nie zdecyduje się,
zanadto trzyma go już kariera.
- Po Chu I (772 - 846)
-
- NOCUJĄC U STARCA NAD
STRUMIENIEM
-
-
- Serca ludzi kochają złoto i
jadeit.
- Usta ludzi pożądają wina i
ciała.
-
- Nie tak jak ten starzec z
jaru nad strumieniem:
- Popija wodę z tykwy, nic
więcej nie pragnie.
-
- Po jednej stronie zbiera
chrust i trawę,
- Po drugiej postawił mur i
okrył strzechą.
-
- Co roku zasiewa jedną morgę
ziemi,
- Na wiosnę zaprzęga dwa żółte
wołki.
-
- W tych rzeczach znajduje
doskonały spokój
- I poza nimi nie dba o więcej.
-
- Spotkałem go przypadkiem idąc
wzdłuż strumienia,
- Zaprosił mnie do siebie na
nocleg w chacie.
-
- Nim odszedłem tam, skąd wzywa
mnie Dwór i Rynek,
- Spytał mnie o urząd i
uposażenie.
-
- Nie uwierzył, śmiał się długo
i głośno:
- "Tajni radcy nie sypiają przecie w
stodołach!"
Wracam jednak do naszych czasów, a przede wszystkim do mojej
młodości w międzywojennym dwudziestoleciu. Nie myślę, żeby ktoś z badaczy
zwrócił uwagę na pewne sprzeczne wzory zachowań, które zderzały się wtedy w
poezji. Bo z jednej strony były to wzory elitarne przychodzące z Zachodu, nieco
bardziej obecne dzięki modernie sprzed I
wojny, z drugiej strony całe romantyczne dziedzictwo zaangażowania, już
spotykające się z nowym zaangażowaniem rewolucyjnym, jak choćby u
Broniewskiego.
Ostatecznie warto sobie uświadomić, że cała prawie poezja
nowoczesna i nowoczesne malarstwo wywodzi się z bohemy, nawet pomijając
legendarne postacie, jak Verlaine, Rimbaud czy Van Gogh. Bo symbolizm francuski
i jego przywódca, zamaskowany jako nauczyciel angielskiego w liceum Stéphane
Mallarmé, to nic innego niż to właśnie zdumione pytanie, co robią na ziemi ci wszyscy nieszczęśnicy, którzy nie zajmują się
sztuką, to decyzja odwrócenia się do nich plecami i oddania się własnym obrzędom
dostępnym jedynie dla wtajemniczonych. Odi profanum vulgus.
I chyba te zachodnie wzory zachowań, tak czy inaczej
interpretowane, działały nadal silnie po I wojnie, w każdym razie, jeżeli chodzi
o poszukiwania formalne. A zwyczajna i codzienna Polska na pewno nie
potrzebowała malutkiej bohemy, zwanej niekiedy awangardą, do której
należałem.
Było to życie na wyspach, bardzo prowincjonalnych, z
nieuniknioną dozą samodurstwa jako ceną płaconą za izolację.
Mało przy tym było wtedy nadziei na zarabianie piórem, czyli
uchronienie się od pracy w jakimś biurze. Umiał to robić tylko cygan
konsekwentny - Gałczyński. Ten mawiał o mnie: "urzędnik Miłosz", co mnie
zawstydzało, bo było prawdą. Trybem życia przeszedłem na stronę Dworu i Rynku,
czyli zostałem urzędnikiem Radia - inni też zostawali urzędnikami albo
nauczycielami, jak choćby Przyboś.
Zarówno tamto dwudziestolecie, jak później czas wojny i PRL-u mogą być interpretowane jako
dzieje zderzania się dwóch wzorów, wycofania się i zaangażowania, które to
dzieje objęły zresztą cały wiek XX i nie tylko w Polsce.
Bohema była poddawana pokusom Dworu i Rynku, ale także innym
pokusom, ideologicznej służby. Działo się to z dwóch głównie przyczyn. Po
pierwsze - trudno było pozostać moralnie obojętnym na pasje i nieszczęścia
współczesnych. Po drugie -jedynie masa zwykłych śmiertelników, aprobując, mogła
dać poecie poczucie, że jest potrzebny.
Żeby jednak do tych śmiertelników trafić, należało pozbyć się, całkowicie
albo częściowo, wysokich wymagań obowiązujących w wąskim kręgu przyjaciół
i uznać za swoje to, co poruszało ogół. W różnych okresach następowała
więc szczególna konwergencja środowiska literackiego i artystycznego z
ruchami politycznymi. Przykładowo: rosyjscy poeci początku stulecia i rewolucja,
Stanisław Wyspiański i teatr polityczny, Horst Wessel jako autor pieśni
hitlerowskiej, polscy poeci i wojna, amerykańscy beatnicy i "rewolucja" lat sześćdziesiątych, przez to zdumiewająca,
że wtedy tłumy młodzieży przejęły strój i słownictwo bohemy, tak że
nagle pojawiły się setki tysięcy Baudelaire'ów. Że jednak zasada bohemy i masowość
źle idą w parze, był to bal maskowy, czy - jak wyraził się pewien profesor z Bułgarii, patrząc na
Berkeley -"postojannyj karnawał".
Jakiekolwiek były
losy zaangażowania, twierdzę, że flaubertowski konflikt
jest z nami stale, zwłaszcza obecnie, po rozpadzie
wielkich ruchów ideologicznych, za którymi często
ukrywał się filister, bourgeois czy biurokrata, jakkolwiek
to nazwiemy. To stwierdzenie bynajmniej nie oznacza jakiejś aprobaty postaw
pogardy i obrzydzenia do tłumu. Lepiej jednak może zdać sobie sprawę z ich
trwałości, i starać się coś zrozumieć z przygód bohemy, jak też z grożących jej
niebezpieczeństw.
Główną przeszkodą w uznaniu siebie za członka grupy izolowanej
jest nieprzyzwoitość czy nawet śmieszność jej zbyt dumnego
stanowiska.
Polski wzór romantyczny nakazywał oddziaływać na społeczeństwo,
podnosić je albo przerabiać na aniołów. Manifest Przybyszewskiego
Confiteor z 1899 roku pozostaje
dotychczas odosobniony w swojej hardej wyniosłości i jego patos zaważył na
niechęci do hasła "sztuka dla sztuki". Być może tuż przed rokiem 1939 pojawiły
się zarysy podobnego programu, zwróconego przeciwko powszechnej wtedy tendencji
szukania dla poezji społecznych uzasadnień, ale zaraz przyszła wojna i zabrakło
po prostu warunków.
Zadaję sobie pytanie, czy teraz, kiedy skończyła się ostatnia
konwergencja sojuszu literacko-artystycznego środowiska z "Solidarnością", nie
pojawiają się znaki wskazujące, że wchodzimy na długo w okres, kiedy będziemy
zmuszeni uznać brak wspólnych miar i wspólnych upodobań jeszcze jednej kolejnej
bohemy i bourgeois, czyli ludzi
zajętych zarabianiem i wydawaniem pieniędzy.
Warto może wspomnieć, jako o jednym z sygnałów, o pojawieniu
się w Związku Sowieckim w latach sześćdziesiątych bohemy nie dysydenckiej, ale
całkowicie apolitycznej - było to środowisko poetów w Leningradzie, z którego
wyszedł Josif Brodski. Sądzone jednak mu było zostać profesorem w
Ameryce.
Chronienie się bohemy na uniwersytety zdaje się być jednym z
najbardziej charakterystycznych rysów obecnego okresu. Jest to ułatwione przez
znacznie rozszerzające się curriculum
w porównaniu z dawnym, czyli większą tolerancję wobec literatury współczesnej.
Poeci przeszłości nieraz zarabiali na życie, nauczając poetyckiego rzemiosła. Tak
działo się z japońskimi mistrzami haiku, którzy zarazem, sądząc z ich biografii,
byli doskonałymi okazami cyganerii.
Kiedy powstało pojęcie bohemy, tj. w XIX wieku, na
uniwersytetach wykładano o pisarzach przeszłości. I nikomu nie przyszłoby do
głowy zaprosić długowłosego z sąsiedniej kawiarni, żeby uczył, jak pisać
wiersze. Zdarzyło się to o wiele później, nie w Europie, a w Ameryce, co zresztą
łączy się z nieistnieniem w tym kraju kawiarni literackiej, gdzie mogliby się
spotykać starsi i młodsi literaci.
Na przykład Gombrowicz prowadził przy swoim stoliku rodzaj
seminarium dla młodych, najpierw w Warszawie, następnie w Argentynie. Wydziały
creative writing można uważać za bohemę zinstytucjonalizowaną, jako okazję
do spotkań adeptów z mistrzami, choć często mistrzowie nie umieją więcej niż
adepci. Analogię da się znaleźć w wydziałach sztuk pięknych, gdzie malarze
zarabiają, prowadząc pracownie dla studentów. Wydziały twórczego pisania,
wydające dyplomy, mają liczne zalety i liczne wady.
Zważywszy na duży wpływ amerykańskiej organizacji szkolnictwa
na szkolnictwo europejskie, niekoniecznie dobroczynny, można zastanawiać się,
czy przyjmie się również instytucjonalizacja bohemy z przeniesieniem jej na
uniwersytety. Jak się zdaje, przyszłość ma raczej inny model, tj. poeta w todze
polonisty, hispanisty, rusycysty i tak dalej. Refleksja nad symbolizmem francuskim i jego pochodnymi, które są
z nami do dzisiaj, nie prowadzi do wniosków całkowicie przychylnych temu
wycofaniu się ludzi pióra na ich własne tereny. Nie dlatego, że jest to
społecznie niemoralne, po prostu dlatego, że przynosi sporo szkód samemu artystycznemu rzemiosłu, którego
chce bronić. Również wyspiarski tryb życia w miasteczku uniwersyteckim, tak
właściwy dla amerykańskiej maskującej się bohemy, do której mam zaszczyt
należeć, pozostawia w jej wierszach i prozie pewne skazy. Badanie jednak, na czym polegają te skazy, jest
utrudnione, bo sami - by tak rzec, pacjenci - nie lubią przyznawać się do swoich
dolegliwości.
Wielka debata o mass culture i niechętnym do niej stosunku intelektualistów przypada
w Ameryce na lata pięćdziesiąte, kiedy wprowadzono pojęcie kultury
"highbrow" i "middlebrow".
Mieszkałem wtedy we Francji, ale debacie użyczałem dużo uwagi, czego wynikiem
była wydana w roku 1959 książka amerykańskich esejów w moim przekładzie i z moją
przedmową pt. Kultura masowa.
Notabene borykałem się z nieistniejącą wtedy w języku polskim terminologią i
nie jestem pewien, czy to nie ja jestem odpowiedzialny za wprowadzenie
niektórych terminów, na przykład "środki masowego przekazu".
W przedmowie powiadam:
Materiał tutaj zawarty pokazuje, co się dzieje, kiedy masy
"homogenizowane", umiejące czytać i pisać, dostają tanie gotowe ubrania,
samochody, telewizję i podsztukę dostosowaną do ich żądań przez handlowych
przedsiębiorców. Materiał ten powinien prowokować do pytań, co dostają w "bloku socjalistycznym" i czy kolejne
eksperymenty z tzw. nowym typem człowieka nie są po prostu borykaniem się na
oślep z czymś nieprzewidzianym, z fenomenem kulturalnej pustki.
Dotychczasowe rozwiązania były złe i natrafia się tutaj na
mnóstwo zawiłych zagadnień obcych marzycielom ubiegłego stulecia, którzy
wierzyli, że powszechna oświata podniesie automatycznie miliony obywateli do ich
poziomu.
To był rok 1959 i miało upłynąć wiele lat, zanim Polska
przekonała się w praktyce, że są to zagadnienia istotne. Dzisiaj muszę przyznać,
że inwazja kultury masowej, którą w Polsce obserwuję, pomaga mi uświadomić
sobie, do jakiego stopnia jestem immunizowany. To znaczy, nie ukrywam swego
wstrętu do cywilizacji filmu, telewizji i kolorowych magazynów, czyli do zniewolenia umysłu przez pieniądz i
mogę okazywać ten wstręt, nie otwierając telewizji i nie chodząc do kina, dlatego
że mieszkam na uniwersyteckiej wyspie i stykam się z ludźmi reagującymi
podobnie. Gdyby nie świadomość, że co dzień bronię swojej autonomii przed mass mediami, które osaczają
mnie swoją miazgą, swoim szumem informacyjnym, nie byłbym może tak skłonny mówić
teraz o bohemie i o syndromie Flauberta.
Równolegle z debatą o kulturze masowej powstała w Ameryce
bohema beatników i jej obecne rozproszenie się po gajach akademii na pewno wiele
zmienia. Ludzie długo razem zamknięci -a gaje akademii są odgrodzone od tzw.
życia - zarażają się wzajemnie różnymi chorobami. Te choroby to głównie różne
rodzaje teoretycznych szałów, czyli roznosicielami zarazków są twórcy coraz to nowych
propozycji badawczych, ogromnie wrażliwi na krótkotrwałe mody, noszące nazwiska
Foucaulta, Lacana czy Derridy. Rodzaj szarej plazmy rozlewa się wskutek tego na
stronice poezji i prozy, często z zapomnieniem o pewnych regułach dobrego pisania, ostatecznie niezbyt
odległych od zdrowego sensu.
Zresztą trzeba przyznać, że teoretycy uczą się niekiedy sztuki
pisarskiej, i dość charakterystyczne jest spotykanie się w jednej osobie
badacza-teoretyka z praktykiem, że wspomnę o Umberto Eco albo o zabawnych
powieściach dekonstrukcjonisty Davida Lodge'a. Jednak w tej sytuacji poezja
czytana przez kilkaset czy tysiąc osób, podczas gdy telewizję oglądają miliony,
nie może nie dostosowywać się do swoich snobistycznych odbiorców przez nadmiar aluzji do artefaktów wyższej kultury i
elitarne słownictwo. Niektórzy poeci języka angielskiego posługują się słowami
nie znanymi nie tylko przeciętnie wykształconemu czytelnikowi, bo i akademików
zmuszają do szukania ich w encyklopediach.
Pozwoliłem sobie na nieco schematyczne ujęcie starego
konfliktu, dlatego że wyjaskrawienia są niekiedy zdrowe i ożywiają dyskusję. W
każdym razie podnosząc tę sprawę, jestem wierny mojej młodości i moim literackim
początkom, a także latom na emigracji, kiedy pisałem bez czytelników. Dziwnie
pomyśleć, że po zatoczeniu dużego koła przeróżnych zobowiązań i złudzeń
powróciliśmy do punktu wyjścia, tj. do samotności piszącego, który ściga cele
najzupełniej dla ogółu obojętne.
Nie chcę jednak wierzyć, że doświadczenia historyczne niczego
nas nie nauczyły i że możliwy albo pożądany jest nowy manifest Przybyszewskiego.
Ujmując to nieco inaczej, nie chcę wierzyć, że kultura masowa całkowicie wymknie
się próbom jej rozumnego kształtowania. W eseju Michaiła Bachtina
Sztuka i odpowiedzialność znalazłem kilka
zdań nieco enigmatycznych, ale ciekawych, którymi się dzielę:
Człowiek zanurzony w sztuce jest nieobecny w życiu i odwrotnie.
Nie łączą się w jedną zintegrowaną osobowość. Co gwarantuje jedność
poszczególnej osobowości? Tylko wspólna odpowiedzialność. Mam świadczyć moim
życiem wszystkiemu, czego doznałem i co zrozumiałem dzięki sztuce, tak żeby, co
zostało doznane i zrozumiane, nie przepadło. Odpowiedzialność łączy się także z
winą. Sztuka i życie muszą dźwigać razem nie
tylko odpowiedzialność, ale i winę. Poeta powinien wiedzieć, że jego poezja jest
odpowiedzialna za trywialność właściwą prozie życia, a przeciętny człowiek
powinien wiedzieć, że błahe i nie dość wymagające pytania, jakie stawia życiu,
wyjaławiają sztukę.