ALEKSANDER FIUT
Twarzą zwrócony do Rzeki. O ostatnich wierszach Czesława Miłosza.
Tekst wygłoszony podczas Międzynarodowego Festiwalu poświęconego Czesławowi Miłoszowi, który odbył się w Claremont McKenna College w Stanach Zjednoczonych, w dniach 24-27 kwietnia 1998. "Rzeczpospolita", 1998.05.09, Plus Minus.
Spisawszy swoje i
cudze Kroniki, poprzez Dalsze okolice Czesław Miłosz dotarł w swoich ostatnich wierszach na brzeg Rzeki. Dotarł w sensie dosłownym i przenośnym. Cudownym zaiste zrządzeniem losu mógł bowiem stanąć po pięćdziesięciu dwu latach wygnania w miejscu swojego urodzenia nad Niewiażą. Mając za sobą niemal całe życie, domykające się karty swojej twórczości, kończącą się epokę. Tym samym wpatrywanie się w płynącą wodę nabrało dla poety sensu symbolicznego. Rzeka dzieciństwa utożsamiła się z rzeką Heraklita, której poświęcił maturalne wypracowanie i w której szmer wsłuchiwał się w całej twórczości. Ale także Styksem, rzeką zapomnienia, przed którym nieustępliwie bronił siebie i nas każdym napisanym słowem.
Inaczej mówiąc,
dopiero w swojej późnej poezji z taką otwartością
odsłonił Miłosz jeden z najważniejszych nurtów swojej
wyobraźni. Wszak do tych uświęconych przez tradycję
znaczeń rzeki z łatwością dorzucić można inne,
porządkując w ten sposób niemal wszystkie tematy czy
natręctwa w całym jego pisarstwie. Czarne wody obmywały
już przedwojenne wiersze Miłosza, ale i w dalszej jego
twórczości można znaleźć szereg utworów, w których rzeka
pojawia się jako jeden z motywów, lub które zostają
rzekom poświęcone. Jak Rzeki , gdzie poeta wyznaje:
-
Pod rozmaitymi imionami was tylko
sławiłem, rzeki!
-
Wy jesteście i miód i miłość i
śmierć i taniec.
Rzeka staje się symbolem tego, co w ludzkim istnieniu życiodajne i unicestwiające. Trwałe i poddane wiecznej zmianie. Ulotne i nieustępliwe. Zapisane językiem mitów i roztrząsane przez filozofów. To najbardziej archaiczna figura czasu, który upływa szybko i niepostrzeżenie, a na moment jedynie może zastygnąć w pamięci. Stąd w wierszu, który jest rozpamiętywaniem dawnej miłości, pada dramatyczne pytanie:
-
Jeżeli dotykalna,
-
Tak silnie obecna
-
W swojej skórze i sukni,
-
Paznokciach i włosach,
-
To czy była jak obłok albo fala
rzeki
-
I powróciła
-
Do nieistnienia?
-
(Fotografia)
Rzeka była też
miejscem najważniejszych wtajemniczeń: miłosnej ekstazy
- jak w wierszu Capri - i pierwszych
dziecięcych oczarowań. To matka, zwierza się Miłosz,
nauczyła go wymawiać nazwy rzek "z szacunkiem a
pieszczotliwie" (Capri). Tylko rzeka, co
znamienne, zostaje wydarta śmiercionośnemu władztwu
natury. Pozostaje jednak bezbronna wobec niszczących
skutków dwudziestowiecznej cywilizacji. Rodzinną
Niewiażę, nad którą rozbrzmiewały niegdyś echa
pogańskich jeszcze pieśni, zatruwają teraz fabryczne
ścieki: "Jej kolor jak rdzawej samochodowej oliwy / Ani
szuwarów, ani lilii wodnych" (Dwór ) . Słowem, rzeka mieni się w tej poezji i połyska wyjątkową wielością znaczeń.
Ale równie
wieloznaczna jest odwzorowana w tomie Na brzegu
Rzeki sytuacja egzystencjalna poety, który powiada:
-
Gdziekolwiek wędrowałem, po
jakich kontynentach,
-
zawsze twarzą byłem zwrócony do
Rzeki.
-
(W Szetejniach)
Cóż to naprawdę znaczy? Wpierw to, że postawienie stopy na brzegu Rzeki jest równocześnie znalezieniem się w miejscu, gdzie spotykają się ze sobą dwa elementarne żywioły. Jest zakreśleniem linii, zdawać by się mogło - nie do naruszenia. Tymczasem jednym z bodaj najbardziej uderzających rysów późnej poezji Miłosza jest uporczywe dążenie do przekraczania nieprzekraczalnych granic: czasu i przestrzeni, pojedynczego życia i jednej epoki, własnego ciała i rodzimej kultury.
Takich wędrówek
było oczywiście sporo już w poprzednich wierszach. Teraz
jednakże tego rodzaju wyprawy odbywa poeta częściej i
jakby coraz zuchwalej. Ileż tu kryje się możliwości i
wariantów! Trudno je nawet wyliczyć. Miłoszowi
najłatwiej zawsze było odwiedzić wyobraźnią świat
miniony. Ale podróż do jednego punktu w czasie już go
nie zadowala. Wiersz pt. Przeszłość kreśli
obrazy tego samego miejsca w różnych epokach
historycznych: w średniowieczu, w osiemnastym wieku i w
latach dwudziestych obecnego stulecia, które są zarazem
okresem wczesnego dzieciństwa autora. Były
katastrofista, na hipotetyczne pytanie: Jak będzie
wyglądała nasza planeta, gdy nie będzie już na niej
ludzi? - odpowiada wierszem pt. Oset, pokrzywa.
Ten świat jest z kolei wizją ziemskiej
rzeczywistości, która - po jej końcu? wypełniając
zapowiedź apokatastasis? - wraca do swego doskonałego
początku. Okazuje się bowiem istnieniem na próbę. Gdzie
indziej, wywiedziona z mechaniki kwantowej hipoteza
zmartwychwstania zdaje się unieważniać trwający od epoki
nowożytnej podział na to, co stanowi przedmiot religii,
a co przedmiot nauki (Po odcierpieniu) . Coraz
częściej i z coraz większą dezynwolturą poeta zwiedza
także z zaświaty. W Stwarzaniu świata przygląda
się, jak "Niebianie w Biurze Projektów wybuchają
śmiechem", mnożąc nieprzebrane, nierzadko w swym
wyglądzie komiczne, formy istnienia. Jeśli natomiast
Charon wyobraźni przewiezie go na drugi brzeg, to po to,
by mógł - nie bez pewnej dozy humoru i nie do końca
zgodnie z wyobrażeniami chrześcijańskimi - przedstawić
pośmiertne perypetie pewnej duszy (Zdarzenia gdzie
indziej ) .
Szczególne
zaciekawienie Miłosza zdaje się budzić granica pomiędzy
dziełem i autorem, trwaniem sztuki oraz przygodnością
czy historyczną zmiennością kryteriów jej odbioru. Już
jako studenta - o czym opowiada Odczyt -
irytowały go uroszczenia hermetycznej awangardowej
poezji, odgradzającej się wyniośle od zbrodniczości
dwudziestego wieku. A jednak czas zdaje się przyznawać
palmę zwycięstwa tym, którzy - jak Paul Valéry -
szlifowali niby kryształ formę swoich wierszy, stroniąc
od "nierozumnej/ Sprawy śmiertelnych". Zniknęli bowiem
ludzie, śnieg przykrył ślady cierpień i upodleń, które
były dziełem sowieckiego systemu. Tymczasem trwa
niezmącenie "złocisty, lśniący? wiersz dekasylabiczny".
Czy to, że poeci bywają od siebie całkiem odmienni
uniemożliwia porozumienie? Nie do końca, argumentuje
Miłosz. Zasadnicza niezgoda na świat, jaki jest, oraz
świadomość pozostawania "w tej samej służbie
nienazwanej", którą tylko z braku lepszego określenia
nazywa się "czynność pisania wierszy", pozwala polskiemu
poecie porozumieć się i oddać hołd komuś tak od niego
różnemu, jak Allen Ginsberg (Do Allena
Ginsberga) . Powie ktoś, że poezja jest formą
"urojenia"? Być może, ale jest to - doda Miłosz - "
drogocenne urojenie". Rodzi się ono bowiem "na kruchej
granicy, za którą rozpościera się kraina skarg i
bełkotów". Wynosi człowieka ponad jego zwierzęcość. W
niej - w stopniu może większym niż we wszystkich innych
formach kultury - wyraża się miłosne dążenie do
uchwycenia słowem płynnej esencji bytu "Żeby, trwając,
potwierdzały naszą hymniczność przeciw śmierci"
(Sprawozdanie). Granica pomiędzy życiem i
literaturą okazuje się zatem całkiem iluzoryczna. Miłosz
kreśli ją po to jedynie, by rozmyślać nad jej
nieokreślonością i zagadkowym znaczeniem. Posuwa się
nawet do tego, że nie tylko nadaje postaci literackiej
cechy osoby rzeczywistej, ale co więcej, wyobraża sobie
jej hipotetyczne dalsze losy, jak się okazuje - całkiem
zbieżne z losami pierwowzoru postaci (Rozbieranie
Justyny ) .
Zdolność
poetyckiego uobecniania jest przy tym tak duża, a Miłosz
posługuje się nią z taką swobodą, że potrafi wywieść
pojedynczą postać czy scenę zbiorową dosłownie ze
wszystkiego. Nie tylko, co wypada podkreślić, z własnej
pamięci - tę umiejętność opanował w mistrzowskim stopniu
już dawno temu. Pretekstem do dowolnych wędrówek w
czasoprzestrzeni może stać się dziewiętnastowieczna
powieść, jak w Rozbieraniu Justyny, oglądana
fotografia z początku wieku, jak w
Człowieku-musze. Wystarczy nawet, by zabrzmiała
jakaś melodia, a już - jak za magicznym zaklęciem -
poetycka scena zaludnia się figurami w strojach z epoki
(W muzyce ) . Dla Miłosza to, co w ludzkim, także w jego życiu najcenniejsze oraz zdolne okupić gorycz, ból i rozczarowanie, to zdolność do zmysłowych olśnień, łowienie słowem znikliwych chwil zachwytu. One właśnie trwają na przekór upływającemu czasowi i bezlitosnym prawom natury. Podobne do doznań miłosnych, zapisane najtrwalej w pamięci ciała - własnego i wyobrażonego, podniesionego z prochu aktem poetyckiej kreacji.
Zgodnie z
zaleceniem Heraklita ostatnie tomy Miłosza są
rozpamiętywaniem sprzeczności, medytacją nad zagadkowymi
współzależnościami rozmaitych składników bytu. W skali
mikro- i makrokosmosu, w ciągłym napięciu pomiędzy
istnieniem a nieistnieniem. Jakby rzeka obrazowała
najlepiej, a zarazem pouczała o tajemniczych związkach
stałości z płynnością, rozświetlonej blaskiem
powierzchni z pełną zagadek ciemną głębią. Miłosz
powtórzyłby pewnie za filozofem z Efezu, nie tylko to,
że "niepodobna wstąpić do tej samej rzeki" (aluzję do
tej znanej formuły zawiera zresztą wiersz Rzeki
maleją ) . Ale, być może, bliższe mu byłoby stwierdzenie, że "do tej samej rzeki wstępujemy i nie wstępujemy". Wszechobecny ruch obejmuje wszak zarówno rzeczywistość samą, jak i poznającego, świat przedmiotów i nazywające ten świat pojęcia. Poeta nie dzieli jednak z filozofem naiwnej wiary w rozumność kosmosu. Nie podziela także jego sceptycyzmu co do możliwości poznania zmysłowego. Przeciwnie - właśnie zmysłom oddaje pierwszeństwo.
Rozpamiętywanie
sprzeczności zdaje się prowadzić do akceptacji. Własnej
twórczości, pomimo jej skaz i braków. Epoki, pomimo jej
zbrodni i szaleństw. Pojedynczego życia, pomimo jego
błędów i cierpień. Akceptacji? Nie do końca, skoro obok
wiary w wieczność sztuki niemało w tych wierszach
zwątpienia w jej trwałość. Obok aktów skruchy i
pokornego powierzenia się Bogu padają oskarżenia o nie
dający się usprawiedliwić i wytłumaczyć okrutny spektakl
mordu, który odbywa się w łudzącej swym pięknem
przyrodzie. Obok pełnego dystansu stosunku wobec
dwudziestego wieku, nie milknie pamięć o milionach
bezimiennych ofiar totalitarnych reżimów. Stąd poeta,
jak ognia unikający w swych wierszach akcentów
publicystycznych, z całą pasją potępi obojętność Zachodu
w obliczu ludobójstwa w byłej Jugosławii
(Sarajewo ) . Jest w tych wierszach dojrzała mądrość, która rodzi pobłażliwość dla uroszczeń rozumu i pokus ciała oraz uczy z ironią oglądać niezmienny teatr ludzkich złudzeń? Z pewnością. Ale jest zarazem nienasycenie wrażeniami i młodzieńcza gwałtowność, niesłabnąca wrażliwość na cudze cierpienie i pasja poznawcza.
Czyż nie można -
zdaje się pytać poeta - czerpać artystycznych i
intelektualnych pożytków nawet ze zbiorowych klęsk i
obłędów? Horror i ułomności dwudziestego wieku także
bywają pouczające. Liczne w tym stuleciu ofiary "snów
dyktatorów" mogą wznieść się nad "lekkomyślnych",
"Rozmyślając o karze, która jest należna/ Wszystkim
zanadto kochającym życie" (W Yale). Rzeka
młodości, Wilja, "razem z usypiskami śmieci, z
początkami skażenia" ostrzega "przed tęsknotą do
idealnych miejsc na ziemi" (Capri).
Doświadczenia obecnej epoki, "Która będzie nazwana
bezwstydną", skłaniają, by z szacunkiem myśleć o tych,
którzy - jak Orzeszkowa - mroczną wiedzę o ludzkiej
fizjologii pokrywali milczącą dyskrecją. Ale zarazem,
przez to właśnie brutalne odarcie, tym bardziej,
dotkliwiej uzmysławia kruchość i całkowitą bezbronność
człowieczego ciała (Rozbieranie Justyny ) .
W swoich ostatnich
wierszach Miłosz nie tylko wszakże odkrył sam rdzeń
swojej wrażliwości oraz na wiele sposobów zobrazował
jedną z najbardziej fundamentalnych sytuacji
egzystencjalnych. Równie ważne i to, że ułatwił
pośrednio dotarcie do podstawowych założeń swojego
języka poetyckiego. Rządzą nim najwyraźniej dwie, na
pozór sprzeczne, a nawet wykluczające się tendencje.
Pierwsza to dążenie do skrótu i kondensacji znaczenia,
dobitnej zwięzłości, idącej w parze z przejrzystością i
prostotą. W samym doborze metafor, epitetów, ba,
pojedynczych słów, znać nieomylną rękę mistrza. Umie on
kilkoma zaledwie kreskami scharakteryzować postać, lub
wywołać to, co się umownie nazywa duchem epoki. Stąd
jednym z jego wzorów stała się nieprzypadkiem poezja
Zen. Druga tendencja wyraża się skłonnością do
uwieloznaczniania tekstu. Pomiędzy krystalicznie
klarownymi obrazami występują przemilczenia, miejsca
ciemne i zdania wieloznaczne. Nieraz - jak ma to miejsce
w cyklach czy poematach: W Yale, Dalsze
okolice, Do dajmoniona - jest to spacer
między paradoksami. Bywa i tak, że teza i antyteza
prowadzą do pozornej tylko syntezy (Albo -
albo, Sens).
Nierzadko sens wiersza podważony zostaje przez
odautorski komentarz (Zbieranie moreli) . A
nawet, jakby nawet tego było mało, Miłosz nie tylko
zestawia ze sobą dwa wiersze, których wymowa nawzajem
sobie przeczy, ale i opatruje je - całkowicie
przenicowującą ich sens - interpretacją (mam na myśli
Rozmowę z Jeanne oraz Wiersz na koniec
stulecia ).
Pierwsza z tych
tendencji odpowiada wyjątkowym zdolnościom opisowym
Miłosza, które - jak wyjaśnia Dom filozofa - w
równym stopniu wspomagają obfite lektury z zakresu
archeologii, etnografii, psychologii i antropologii, co
dwudziestowieczne środki wizualne. To "Kamera filmowa
dostarczała mu zdjęć z najrozmaitszych krain całej
ziemi, nie tylko, bo zapuszczała się w głąb morza, w
przestrzeń międzyplanetarną i nawet na inne planety".
Druga bierze się z intelektualnej przenikliwości poety,
wyostrzonej przez wieloletnie studiowanie dzieł
filozoficznych i teologicznych. Wszystko to sprawia, że
w Miłoszowych wierszach podczas gdy ciemne się
rozjaśnia, jasne zaciemnia. Równocześnie z falowaniem
emocji, falują znaczenia. Spiętrzają się i nawarstwiają
pojedyncze sensy. Zupełnie podobnie jak rozchodzące się
koła na wodzie. Wystarczy przeczytać uważnie taki choćby
fragment Capri , który doskonale ilustruje to wszystko, co dotychczas starałem się nieudolnie powiedzieć:
Razem z moją epoką odchodzę przygotowany na wyrok, który mnie policzy między jej fantomy.
Jeżeli coś zrobiłem, to tylko, pobożny chłopczyk, ścigając pod przebraniem utraconą Rzeczywistość.
Prawdziwą obecność Bóstwa w naszym ciele i krwi, które są jednocześnie chlebem i winem.
Olbrzymiejące wezwanie Poszczególnego, na przekór ziemskiemu prawu nicestwienia pamięci.
Każde z tych
zdań-sentencji domagałoby się obszernego komentarza, na
który nie tutaj miejsce. Zwrócę zatem uwagę jedynie na -
pozorny - drobiazg. Do napisania jest, jak sądzę, osobne
studium na temat użycia przez Miłosza słów
wprowadzających przeciwstawienia, tryb warunkowy lub
przyzwalający, jak owo "jeżeli" w powyższym cytacie.
Nieprzypadkowo niektóre z nich stały się nawet tytułami
wierszy - mam na myśli A jednak, Albo
albo . I nie bez powodu, jak pisze Miłosz w cytowanym "Domu filozofa", budzą jego niesłabnące zainteresowanie: "Wszelkie, jakie są czy mogą być, okoliczności i zbiegi okoliczności, wszelkie 'dlatego, że', 'gdyby nie' i 'gdyby'". Bo to one właśnie są w tej poezji najbardziej elementarnym trybem, który wprawia w ruch znaczenia, obracając nimi podobnie jak bystry nurt toczy kamienie. Pozwalają ponadto, przynajmniej częściowo, ogarnąć niepoliczalną wielorakość zjawisk oraz rozmaitość sposobów ich myślowego i artystycznego ujęcia. Podważyć pewność, wprowadzić wątpliwość, kreować światy możliwe.
Podstawowa granica
pomiędzy tym, co stałe, i tym, co ulega zmianie, zostaje
zatem, wydawałoby się, ostatecznie zakwestionowana. Jest
tak, jakby nurt poetyckiej rzeki porwał ze sobą tego,
który pragnął stać na jej brzegu, i słowa, które zdążył
wypowiedzieć. Miłosz, mnożąc sprzeczności, nie godzi się
przecież - wzorem Heraklita - na wszechrelatywizm. Nie
kryjąc zwątpień, nigdy nie traci wiary w kilka
podstawowych wartości. Poza zmiennymi formami nurtu
Rzeki zawsze potrafi dostrzec jak gdyby 'arché ' wody: jej osadzenie w wieczystym, czyli metafizycznym wymiarze bytu. Jego umysł, wbrew krnąbrnemu ciału, ogarnia świat z coraz większą jasnością. Jego zmysły chłoną zachłannie każdą, najmniejszą drobinę istnienia. Jego słowo coraz lepiej odpowiada na "Olbrzymiejące wezwanie Poszczególnego, na przekór ziemskiemu prawu nicestwienia pamięci". A ukryty w nim "pobożny chłopczyk" niestrudzenie ściga "pod przebraniem utraconą Rzeczywistość". Jak więc nazwać Miłosza poetą starym? Tylko w trybie warunkowym.