|
SEAMUS HEANEY
Czesław Miłosz i poezja światowa
Referat wygłoszony na Międzynarodowym Festiwalu poświęconym Czesławowi Miłoszowi, który odbył się w Claremont w McKenna College w Kalifornii w kwietniu 1998. Druk: "Zeszyty Literackie" 1999, nr 2 (66).
W Irlandii nadal słychać nostalgiczne opowieści o Celtach, o ich rozmaitych siedzibach i krainach - o tych dawnych i odległych nad Dunajem, tych bliższych w czasie i przestrzeni - w Galii Cezara w dolinie Rodanu, albo na północnych rubieżach rzymskiej Brytanii, gdzie w fortach wzdłuż Wału Hadriana stacjonowali żołnierze wcieleni do rzymskich legionów. Kilka lat temu odczułem na przykład, że jestem zupełnie obcy i jednocześnie głęboko zadomowiony w miejscu, gdzie stałem - na porośniętym sitowiem, zrytym przez bydło skrawku pola w pobliżu obozu rzymskiego, obok muru w Bird Oswald w hrabstwie Northumberland. Surowy, smagany wiatrem spłachetek mokradła przywołał w mojej pamięci wszystkie te podmokłe uroczyska, które w dzieciństwie były moimi sekretnymi kryjówkami u podnóża pnących się pól, na farmie rodzinnej, gdzie wzrastałem - miejscami skąpanymi od zarania w tym, co William Wordsworth określał mianem "wizjonerskiej posępności", pustkowiami, gdzie zaznawałem konkretnych doświadczeń, ale pragnąłem dociec ich znaczenia.
I wtedy, tamtego dnia w pobliżu Bird Oswald, objawiło mi się jedno ze znaczeń. Wyczytałem w przewodniku, że stałem na ziemiach poświęconych rzymsko-celtyckiej bogini Kowentynie, tej, którą przedstawiano po wielekroć na tablicach wotywnych i ołtarzykach, znalezionych w tym miejscu i w najbliższym sąsiedztwie, pod postacią kobiety w półleżącej pozycji, pełnej powabu, rozleniwionej, trzymającej w prawej ręce wodorost, a w lewej - dzban, z którego tryska struga i płynie, płynie, płynie bez końca. U tego źródła wszystko ujawniło swoje przeznaczenie: moja rzymsko-celtycka dusza irlandzko-katolickiego dziecka urodzonego w latach czterdziestych, będącego zarazem rodowitym synem bogini Eriu, której imieniem nazwano Irlandię, i chrześcijańskiego misjonarza Patryka. Ta moja cząstka, która była wyobcowana, poczuła się na chwilę całkowicie scalona z resztą. Stało się tak, jakby zaprowadzono mnie na wysoką górę, z której szczytu pokazano mi wszystkie królestwa świata i jakbym ujrzał pośrodku nich dalekowzroczne dziecko stojące na podmokłym krańcu pola. Pojąłem, że podstawowym prawem mojej natury (kolejne wyrażenie Wordswortha) jest pragnienie, aby moja "mność" została wypełniona wielością. Święte obszary Kowentyny wzmagały coś, co od dawna tkwiło głęboko we mnie. Zrozumiałem, że należę i do siebie, i do tego, co mnie otacza, że jest pod dostatkiem świata i czasu.
I gdy tamto dziecko stało w szarówce 1942 lub 1943 roku, z otwartymi zmysłami, w posępnym wyczekiwaniu, świat w całej okazałości objawiał się poecie w okupowanej przez Niemców Warszawie - temu poecie, który wkrótce miał stwierdzić z uzasadnionym przekonaniem, że "więcej waży jedna dobra strofa / Niż ciężar wielu pracowitych stronic". Wiarę w siłę strofy czerpał zapewne z poematu, który wtedy pisał i któremu nadał tytuł Świat; określił go mianem "naiwnego" z racji wizjonerskiej promienności strof, przedkopernikańskiego poczucia bezpieczeństwa, harmonii i piękna. Chociaż strofy te są oparte na osobistych, intymnych wspomnieniach, to odnosi się wrażenie, że dotyczą nas wszystkich, co jest charakterystyczne dla całej twórczości Miłosza. Reminiscencje pojawiające się w jego poezji niewątpliwie biorą się z jego indywidualnych doświadczeń jako dziecka Litwy i polskiego poety, a jednak odbieramy je tak, jak byśmy uczestniczyli w nich wszyscy jako przedstawiciele gatunku. "Mność" czytelnika znajduje spełnienie w wielości poematu. Jakieś podstawowe prawo naszej natury zdaje się być w ten sposób ratyfikowane. Wszyscy przecież zaznaliśmy poczucia bezpieczeństwa, o którym mówi dziecko w tych oto strofach:
-
Za polem, lasem i za drugim
polem
-
Ogromna woda białym lustrem lśni
się.
-
A na niej ziemia złotawym
podolem
-
Nurza się w morzu jak tulipan w
misie.
-
-
Ojciec powiada, że to
Europa.
-
W dnie jasne ca;a widać jak na
dłoni,
-
Dymiącą jeszcze po wielu
potopach,
-
Mieszkanie ludzi, psów, kotów i
koni.
-
-
Miast kolorowych iskrzą się tam
wieże,
-
Jak nitki srebra plotą się
strumienie
-
I gór księżyce, niby gęsie
pierze,
-
To tu, to ówdzie zaścielają
ziemię.
Nie chciałbym
opierać moich uwag o Czesławie Miłoszu jako o poecie
światowym, powołując się jedynie na ten poemat, ponieważ
będzie on przedmiotem osobnej sesji na obecnej
konferencji, ale sekret siły Miłosza i jej uniwersalnego
oddziaływania jest już wyraźnie obecny w tych
przejrzystych strofach. Świat jest, można by rzec, lornetkowy, z dwiema wizjami nałożonymi na siebie - oglądem rzeczywistości z wierzchołka wysokiej góry oraz okiem dziecka. Jak gdyby Wergiliusz wyobraził sobie przedstawioną na tarczy Eneasza panoramę - coraz bardziej katastroficzne okropności wojny, w tym również wojny domowej, prowadzącej w końcu do Pax Romana; tak jakby wraz z owym tragicznym okiem drugie oko zwróciło się na inną scenę; można by sądzić, że ziściły się pobożne życzenia naszych irlandzkich komentatorów i Wergiliusz istotnie okazał się człowiekiem o celtyckich korzeniach, rzymsko-celtyckim chłopcem z wioski pod Mantuą, który nagle obwieszcza tu swoją niezawisłość od realiów historii i władzy, wyjawia natomiast dziecinne marzenie o dTír na nÓg, celtyckiej krainie młodości, wyobrażonej teraz na nowo, z rozmysłem i melancholią, z perspektywy cesarskiego dworu Augusta.
Powyższe uwagi mogą się wydać nadmiernym ładunkiem prozy w odpowiedzi na przejrzyste strofy, ale nie zamierzam się w tym miejscu usprawiedliwiać. Lektura Miłosza pogłębia uczucie zamieszkiwania obszaru bez granic i wzmaga chęć poszukiwania odpowiednio bogatego językowo komentarza. Jednakże analogia z Wergiliuszem, w moim mniemaniu, jest czymś więcej niż tylko wyszukanym komplementem. Nie zamierzam przez to sugerować, że Miłosza należy uważać za epika, ponieważ elegia i ironia są zbyt głęboko wrośnięte w jego pojmowanie świata i w jego muzyczność. Ale w tym, że oddając arkadyjskiemu światu Litwy należną mu cześć, poeta nigdy nie zaprzecza istnieniu okrucieństw i niesprawiedliwości, które naznaczyły jego czasy i nasze, kryje się coś więcej niż nieznaczne podobieństwo z autorem Eklog i Georgik. Co więcej, wspaniały portret Wergiliusza, uwiecznionego w wielkim poemacie prozą Hermanna Brocha o jego śmierci, wizerunek poety, którego nie opuszczają wizje w samym centrum świata Realpolitik, pogrążonego w strefie pamięci nawet wówczas, gdy zwracają się doń o przepowiednie, artysty pracującego w sztolniach języka, podczas gdy inni widzą w nim jedynie przewodnika po korytarzach władzy - ten wizerunek pasuje do postaci poety stworzonej przez Miłosza dla naszych czasów. Antykomunistyczny apologeta, który napisał Zniewolony umysł, ten Akwinata zimnej wojny, ten Atlas chrześcijańskiego humanizmu będzie twierdził, że jest jedynie chłopcem bawiącym się na brzegu rzeki. A jednak poznamy go jako poetę z odległych prowincji, który ogarnia umysłem całą historię i kulturę, ponieważ urodził się w antropologicznym odpowiedniku złotego wieku i teraz, ocalony z wojennej Europy, intelektualny weteran na wygnaniu w Ameryce, późny następca poety dworskiego w Rzymie, dożył postimperialnej dekadencji, która u swego zmierzchu upada w postmodernizm. To dziecko, wybraniec, wstępuje do klasztoru i staje się proroczym mędrcem, świadomością zarazem orficką i tebańską, spod znaku Tejrezjasza, wschodnią i zachodnią. Ta właśnie świadomość przemawia spoza zasłony słów w pierwszej części poematu Gdzie wschodzi słońce i kędy wpada. Te zdania, jak i wiele innych napisanych przez Miłosza, mógłby równie dobrze wypowiadać Wergiliusz Brocha lub Hadrian Marguerite Yourcenar, lecz w istocie rzeczy przemawia tu ktoś, kto znał w dzieciństwie (jak się to wyjawia w dalszej części poematu) "zapach dymu, późnych georginii / Na pochyłych uliczkach drewnianego miasta, / Jeżeli to było dawno, w tysiącleciu zobaczonym we śnie, / Daleko, tam skąd biegnie przepadające światło?".
Mniejsza o niepewność co do przepadającego światła, bo to, co stawia czytelników Miłosza na baczność to siła i pewność jego tonu. Jego kadencji nie sposób się oprzeć - zawiera ona głęboką mądrość, jest - wbrew wszelkim oczekiwaniom - niestrudzona i witalna, za każdym razem obfita jak struga Kowentyny, jakby wyniesiona kołem młyńskim potężna kaskada przelewająca się ponad groblą w tym średniowiecznym drewnianym mieście. W najbardziej zorkiestrowanej formie odnajdziemy ją w Posłuchaniu, w wersach otwierających poemat Gdzie wschodzi słońce...:
-
Cokolwiek dostanę do ręki, rylec,
trzcinę, gęsie pióro, długopis,
-
Gdziekolwiek odnajdą mnie, na
taflach atrium,
-
w celi klasztornej, w sali przed
portretem króla,
-
Spełniam, do czego zostałem w
prowincjach wezwany.
-
Zaczynając, choć nikt nie objaśni
na co zaczynam i po co.
-
Tak i teraz, pod granatową chmurą
z błyskiem konia rydzego.
-
Uwija się, już wiem, czeladź w
podziemnych sklepach,
-
Rulonami szeleści, tusz kolorowy
stawia i lak na pieczęcie.
-
-
A mnie straszno tym razem.
Obrzydliwość rytmicznej mowy,
-
Która sama siebie obrządza, sama
postępuje,
-
Choćbym chciał ją zatrzymać,
słaby z przyczyny gorączki,
-
Grypy jak ta ostatnia i jej
żałobnych objawień,
-
Kiedy wpatrzony w daremność moich
zaciekłych lat
-
Słuchałem jak bije w okno sztorm
od Pacyfiku.
-
Ale nie, ściskaj się pasem,
męstwo udając do końca,
-
Dlatego tylko że dzień i rżenie
konia rydzego.
-
-
O równiny. Błyskające pociągi
mgliste.
-
Idą dzieci pustkowiem, szaro za
wioską Czuchońców.
-
Royza rotmistrz umarły. Mowczan.
Wichry gniewliwe.
-
A złorzeczeństwo niezbożnych
bardzo gorzkie jest ukąszenie.
-
I nigdy już nie uklęknę nad rzeką
w maleńkim kraju
-
Żeby co we mnie kamienne
rozwiązało się,
-
Żeby już nic nie było prócz moich
łez, łez.
Wszystko, za co podziwiamy Miłosza, w czym mu ufamy, do czego stale powracamy, znajduje się w tych wersach - nie tylko pełen głębi obraz, ale i głęboka wiedza, tu i wszędzie, teraz i zawsze poetyckiego momentu. Znajdujemy to, co jest egzystencjalnie naglące i konieczne, ale poddane medytacji i uchwycone w przejrzysty porządek poezji. Wszelkie skojarzenia, jakie te wersy przywołują, są jakby wyjaśnieniem ich treści. Ja sam jestem ogromnie uwrażliwiony na sposób, w jaki łączą się one ze sobą, zgodnie ze spostrzeżeniem T.S. Eliota o "najstarszej i najbardziej cywilizowanej umysłowości". Słyszę w nich na przykład melodię nie znaną chyba Miłoszowi, echo dawnego wiersza irlandzkiego, zatytułowanego Pieśń Amergina. Jest to jeden z archaicznych poematów w tradycji irlandzkiej, kolejny przykład "obrzydliwości rytmicznej mowy, / Która sama siebie obrządza, sama postępuje":
-
Jestem wiatrem na
morzu.
-
Jestem falą oceanu.
-
Jestem łososiem w
rozlewiskach.
-
Jestem siłą sztuki.
-
Jestem włócznią z lupami toczącą
boje.
-
Jestem człowiekiem, który formuje
żar dla głowy
-
Kto karczuje kamienne miejsce na
górze?
-
Kto po siedmiokroć zawiera pokój
z lękiem?
-
Kto nazywa wodospady?
-
Kto wyprowadza swe bydło z domu
Telhiy?
Ale zarazem w tych wersach otwierających Posłuchanie słyszę spełnienie pragnień Eliota o zbawieniu mijającego czasu. "Patrz, oto znikają" - pisał Eliot w latach 40. - "Twarze i miejsca / Oraz jaźń, co jak umiała, tak kochała je / Aby odnowić się, przekształcić w inny wzór" (tłum. Krzysztof Boczkowski). Innymi słowy, poezja Miłosza przekracza granice i podziały, ponieważ odpowiada na głęboko sprzeczne potrzeby doświadczane w naszych czasach. Powiada nam, że jakkolwiek nadeszliśmy późno, to nadal chcemy się liczyć i żeby liczono się z nami. Ta poezja uwzględnia, jeśli się tak mogę wyrazić, chwiejność postrzegającego podmiotu i ujawnia nam, że świadomość jest miejscem zaciekłych sporów; zarazem nie popełnia jednak zdrady wobec indywidualnej odpowiedzialności i nie pozwala podważyć samego istnienia wartości absolutnych, choć przyjmuje jako fakt, że wartości są uwarunkowane kulturowo. W ciągłym procesie samoanalizy, wyjąwszy chwile wytchnienia, jakie przynosi poezja, ta cząstka Miłosza, która jest Derridą, zostaje wtrącona do celi przesłuchań z cząstką, która jest Sołżenicynem, aż do czasu, gdy rozgrzeszony poeta wychodzi na wolność, formułując mój ulubiony opis swoich typowych rozdarć: "Byłem więc między dwoma biegunami - pisze Miłosz w Rodzinnej Europie - kontemplacją nieruchomego punktu i nakazem czynnego udziału w historii".
Kustosz domu, w
którym urodził się Szekspir w Stratfordzie opowiedział
mi kiedyś, że oglądał księgę gości z początku XIX wieku,
z wpisem Keatsa. W rubryce "Godność" widniały jedynie
dwa słowa: "John Keats", natomiast w rubryce "Adres" -
tylko jedno: "Wszędzie". Ta historia podsuwa sposób
myślenia o Miłoszu i światowej poezji: stał się on
wielkim nazwiskiem, jest obecny wszędzie. Kiedy niedawno
czytałem o szczególnym umieszczeniu posągu boga
Terminusa w świątyni Jupitera w starożytnym Rzymie,
nasunęło mi się inne podejście do twórczości Miłosza.
Statua boga granic i podziałów w sensie i najbardziej
lokalnym, i światowym, została umieszczona pod gołym
niebem, w części świątyni o otwartym dachu, jakby dając
tym do zrozumienia, że choć granice należy uznać jako
konieczny fakt życia na ziemi, to również niezbędne dla
istot ludzkich jest zamieszkiwanie krainy marzeń,
przestrzeni bez kresu, połacią równej marzeniom. Innymi słowy, te dwie postaci, które stale pojawiają się w poezji Miłosza - chłopiec we władzy marzeń nad brzegiem rzeki i dorosły mężczyzna w niewoli konieczności - reprezentują przeznaczenie poety, który żyje pomiędzy dwoma miejscami: miejscem swojego życia na ziemi i na zesłaniu, w swojej sztuce. Miłosz jest wielkim poetą i zajmuje należne mu miejsce w poezji światowej, ponieważ zaspokaja potrzebę powagi i radości, jakie słowo "poezja" budzi w każdym języku. Odbudowuje wieczny świat dziecka nad brzegiem rzeki i zarazem wyraża rozpacz dorosłego człowieka, którego imię jest "pisane na wodzie". Zająłem się tutaj wizjonerską stroną jego twórczości, ale mój duch i moje zrozumienie świata zyskały również na czytaniu innego Miłosza, z innych okresów - gniewnego i gorzkiego autora Dziecięcia Europy, albo porażonego i wstrząśniętego poety "patrzącego na getto". W owej chwili wiara w skuteczność jego sztuki została wystawiona na brutalną próbę. Odtąd przyznanie się do zwątpienia stanowi jego niebywałą siłę. Przypomnę, że tytuł wiersza Ars poetica? jest zaopatrzony w pytajnik. Jednakże triumf jego powołania jest od dawien dawna wszechobecny. Miłosz ma teraz prawo ogłosić jako fakt zdanie, które W.B. Yeats ogłosił jako przechwałkę w 1903 roku. "Poeci, malarze i muzycy stale stwarzają i unicestwiają ludzkość" - oświadczył Yeats w swoim eseju O symbolizmie poezji, dodając: "W istocie tylko te rzeczy, które wydają się bezużyteczne lub słabe, mają jakąś siłę".
By uczcić powyższą opinię, zakończę swoje wystąpienie, cytując krótki wiersz Miłosza, powstały ponad czterdzieści lat temu, dedykowany przyjaciołom: Aleksandrowi i Oli Watom. Tytuł pochodzi od pierwszego wersu, Co było wielkie:
-
Co było wielkie, małem się
wydało.
-
Królestwa bladły jak miedź
zaśnieżona.
-
-
Co poraziło, więcej nie
poraża.
-
Niebiańskie ziemie toczą się i
świecą.
-
-
Na brzegu rzeki, rozciągnięty w
trawie,
-
Jak dawno, dawno, puszczam łódki
z kory.
tłum. Renata
Gorczyńska
|