|
TOMAS VENCLOVA
Poezja jako pokuta
Wiele lat temu żył sobie w pewnym prowincjonalnym mieście młody poeta awangardowy. W owych czasach miasto należało do Polski. W roku 1940 okupowane było przez wojska sowieckie. Mimo iż poeta wyznawał poglądy lewicowe (a raczej właśnie wskutek tego), nowa władza zrobiła na nim zbyt mocne wrażenie i zdecydował się na krok samobójczy - na ucieczkę do Warszawy, zagarniętej przez hitlerowców. Po drodze przekradać się musiał przez cztery granice, strzeżone przez oddziały sowieckie i niemieckie. Dotarł jednakże do Warszawy i spędził w niej lata wojny, tłumacząc Ziemię jałową i
ogłaszając znakomite wiersze w podziemnej prasie. Po
zakończeniu wojny każdy zdawał sobie sprawę, że nie ma w
Polsce wybitniejszego poety; niestety, zdawał sobie z
tego również sprawę nowy komunistyczny reżym.
Pozostawały dwa wyjścia: udusić się albo przystosować.
Poeta udał się na Zachód. Przy tej okazji był jeszcze
bardziej przekonany, że popełnia samobójstwo, jeśli nie
fizyczne, to poetyckie: pisanie w obcym środowisku
językowym wydawało mu się nie do pomyślenia. Na
Zachodzie spędził trzydzieści lat, posłuszny hasłu
Joyce'a: "milczenie, wygnanie, przebiegłość". Ku swemu
własnemu zdziwieniu pisał nadal - nie tylko eseje i
powieści, ale i wiersze w języku polskim, nieznanym
nikomu z jego otoczenia, każdy wiersz lepszy od
poprzedniego. Tymczasem w Polsce jego nazwisko usuwano z
czasopism i książek, choć od czasu do czasu pozwalano je
wymieniać z dodatkiem epitetu "zdrajca". Po trochu
jednak wiersze poety zaczęły przenikać do ojczyzny,
nawet do jego rodzinnego - obecnie sowieckiego - miasta:
na dnie walizek turystów, w kieszeniach przyjezdnych
gości zagranicznych, czasami w listach. Młodzi poeci
uczyli się jego strof na pamięć i podczas wyjazdów za
granicę poczytywali spotkanie się z nim za swój
obowiązek. Z czasem zaczęto przedrukowywać jego książki
w wydawnictwach podziemnych, całkiem jak w latach wojny.
Gdy poeta otrzymał Nagrodę Nobla, każdy - nawet
komunistyczna władza - zrozumiał, że tym razem
samobójstwo po raz drugi przeobraziło się w zwycięstwo.
Kiedy po trzydziestu latach spędzonych na Zachodzie
poeta przybył do Polski, wszyscy, od Wałęsy do ucznia
szkoły podstawowej, znali jego wiersze. Choć może to
dziwić, te powściągliwe, nieraz zagadkowe utwory
wpłynęły znacznie bardziej na losy kraju niż wszystko,
co władze przez trzydzieści lat zdołały osiągnąć (a nikt ich przecież nie oskarży o brak gorliwości).
Chciałoby się w tym miejscu zamknąć naszą opowieść. To jednak nie koniec. Wkrótce potem polscy generałowie wypowiedzieli wojnę własnemu narodowi i poeta został raz jeszcze odcięty od swego kraju, wraz z nim zaś dziesiątki młodych pisarzy, jego przyjaciół i uczniów. Nie da się wykluczyć, że oto następną generację Polaków czeka kolejne trzydzieści lat milczenia, wygnania i przebiegłości.
Życie Czesława Miłosza wydaje mi się najbardziej niezwykłą biografią pisarza w naszym stuleciu. Jej mityczny prawzór rozpoznać nietrudno: to oczywiście mit Syzyfa, dziś znany - w interpretacji Camusa - wielu studentom pierwszego roku. "Człowiek zawsze odnajdzie swój ciężar. Syzyf uczy go wierności wyższej, tej, która neguje bogów i podnosi kamienie... Trzeba wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym".
Słowa Camusa są górnolotne i nie do mnie należy osądzanie, czy Czesław Miłosz jest szczęśliwy. Ale pewien jestem, że jest to pisarz, który wie więcej niż inni nasi współcześni o granicach ludzkiego doświadczenia i mowy, o godności języka, o wyższej wierności.
Nowa książka Miłosza *1 , jak wszystkie
poprzednie, ma korzenie w jego biografii, która nauczyła
go "domyśleć rzeczy do końca". Przeszedł przez próby
ogniowe, które określiły nasz wiek, i w niesamowity
sposób nawet je przewidział: w jego młodzieńczym wierszu
z 1936 roku pojawiają się "krematoria niby białe skały,
i dym wychodzący z gniazd nieżywych os". Jest sprawą
istotną, że był obserwatorem totalitarnej cywilizacji w
jej obydwu wariantach; w naszych czasach, niestety,
wielu woli pamiętać albo tylko Oświęcim, albo tylko
GUŁag. Co więcej, doświadczenie Miłosza przełamało się
przez pryzmat jego osobistej geografii i osobistej
historii: "Poznajemy, z litością i grozą, kondycję
ludzką nie ogólnie, ale zawsze w odniesieniu do danego
miejsca i daty, w tej a nie w innej prowincji, tym a nie
innym kraju".
Tak więc - prowincja i kraj. Miłosz wychował się w mieście, które nazywane jest Vilnius, Wilno lub Vilna, zależnie od tradycji rodzinnych i politycznych uprzedzeń mówiącego. Stolica Litwy, mało znana na Zachodzie, obecnie jest praktycznie niedostępna: leży na niespokojnych obrzeżach sowieckiego imperium, dokąd cudzoziemcom, na ile to możliwe, wzbrania się przybycia. Jednakże Wilno należy do Europy w nie mniejszym stopniu niż Praga czy Dublin. Jest to miasto renesansowej i barokowej architektury, romantycznej poezji, dawnych katolickich tradycji; jego uniwersytet - ongiś jezuicki - jest znacznie starszy niż Harvard, i Wilno w jakiś naturalny sposób budzi zainteresowanie teologią. Stoi na samej granicy dzielącej zachodnie i wschodnie chrześcijaństwo: na jednym końcu jego głównej ulicy znajduje się katedra katolicka, na drugim - prawosławny sobór; nie dość tego, katedrę postawiono właśnie na wschodnim, a sobór na zachodnim końcu (co skądinąd stanowi dziś pusty symbol, jako że władze sowieckie zamknęły obie świątynie). W latach młodości Miłosza prawie połowę ludności Wilna stanowili Żydzi; miasto cieszyło się sławą "litewskiej Jerozolimy". Dziś pozostało jedynie kilka tysięcy Żydów: część przeniosła się do prawdziwej Jerozolimy, część do Nowego Jorku, większość zaś pozostała w nieoznaczonych mogiłach z lat 1941-1944. Po licznych dawniej synagogach nie ma dziś śladu. W nie tak odległej przeszłości miasto otoczone było przez czwarty jeszcze świat: przez świat litewskiej wsi, gdzie dał się słyszeć najbardziej archaiczny z żywych języków indoeuropejskich, gdzie zachowały się półpogańskie tabu i obrzędy, a drzewa i węże wodne otaczano czcią boską. Do tego właśnie odnosi się wiersz Miłosza, cytowany w jego książce:
-
A z ciężkich moich grzechów jeden
najlepiej pamiętam:
-
Jak przechodząc raz leśną ścieżką
nad potokiem
-
Zrzuciłem duży kamień na wodnego
węża zwiniętego w trawie.
-
-
I co mnie w życiu spotkało było
słuszną karą.
-
Która prędzej czy później
łamiącego zakaz dosięgnie.
Porównanie Wilna z Dublinem nie jest bynajmniej przypadkowe. Prawem osobliwej analogii Litwa odgrywała wobec Polski niemal tę samą rolę co Irlandia wobec Anglii (choć w tym pierwszym przypadku na ogół uniknięto rozlewu krwi). Na Litwie wyrośli najlepsi polscy poeci. Język polski dominował w mieście; litewski, który od polskiego różni się nie mniej niż celtycki od angielskiego, zachował się na wsi i litewskie pieśni oraz podania stanowiły dla miejscowych poetów polskich nie mniej dostrzegalne podłoże niż irlandzkie sagi dla Yeatsa. Litewski, notabene, okazał się językiem znacznie bardziej krzepkim niż celtycki: obecnie mówi nim nie tylko wieś (gdzie założono kołchozy a wodne węże dawno wytępiono), ale i miasto. Miłosz zna litewski na tyle dobrze, że może tłumaczyć litewskich poetów, ale pisze tylko po polsku. Niemniej Litwini mają pewne podstawy, aby uważać go - podobnie jak jego wielkiego dziewiętnastowiecznego poprzednika, Mickiewicza - za poetę obydwu narodów.
Archaiczny zakątek Europy, w którym wyrósł Miłosz, był światem stabilnych wartości. Życie codzienne chłopa - i nie tylko jego - podlegało rytmom natury: sacrum obecne było w kamieniu, w gałęzi, w porach roku i dnia; każdy intelektualista żył skomplikowaną historią i tradycją tych okolic, tak jak zamieszkuje się w zaniedbanym, ale rodzinnym domu (później Miłosz powie w jednym ze swych wierszy: "Bo niczym jest ojczyzna bez przeszłości"). Zarazem był to wszakże świat przemieszanych stref etnicznych, współżyjących ze sobą w stanie napięcia i nie zawsze przyjaźnie; granice, języki i władze zmieniały się w tym świecie bezustannie, całe narody znikały bez śladu, od czasu do czasu zaś w niewytłumaczalny sposób zmartwychwstawały; i świat ten okazał się kruchy i nieważki w obliczu XX wieku. W przeszłości Zachód wiedział o tym świecie niewiele. "Wyobrażenia kulturalnej elity mają niewątpliwie znaczenie też polityczne, wpływając na decyzje elity rządzącej, która gładko odpisała sto milionów Europejczyków na straty przy zawieraniu umów w Jałcie". Teraz zaś może się wydawać, że "białe plamy" pomiędzy Łabą a Uralem pozostaną nieznane na zawsze: domena ruin i obozów przekształciła się w jednostajną i posępną domenę sowietyzmu, która objawia swą obecność głównie poprzez pociski balistyczne - i czasami tylko poprzez Sołżenicyna, Brodskiego czy Miłosza.
Jak mało który
pisarz w obecnej dobie Miłosz zachowuje poczucie
hierarchii wartości. Na sceptyczny i relatywistyczny
język naszej epoki spogląda z dystansu i z głęboką
nieufnością. W jednym z wywiadów ("Newsweek", 6 czerwca
1983) wypowiedział się niedawno: "Dla mnie podstawowa
różnica między społeczeństwami polega na tym, że my,
'ludzie Wschodu', wierzymy w prymitywne pojęcia dobra i
zła. Obejmuje to oczywiście nasze doświadczenie nazizmu
i nasze doświadczenie komunizmu, których nie można
rozdzielić. Wierzymy w dobro i zło, i kropka". Na
Wschodzie dobro i zło po prostu zmuszają człowieka, aby
w nie uwierzył: zło rozporządza w tym celu bajecznie
sprawnym instrumentem - fizycznym bólem. Nie jest to
zresztą tylko kwestia dobra i zła. Są i inne opozycje:
prawdy i fałszu, piękna i brzydoty, nieba i ziemi.
Podobnie: Wschodu i Zachodu, Północy i Południa. Oraz:
Przeszłości i Przyszłości. Osie te składają się na
wielowymiarową figurę i zawalenie się którejkolwiek z
nich prowadzi do absurdu i chaosu. A Miłosz twardo
odmawia pochwały absurdowi i chaosowi ("Cantos [...] Ezry Pounda przez sam chaos umysłowy, którego są świadectwem, zawierają już reakcyjną opcję polityczną").
Miłosz postrzega czas jako "tajemniczą substancję", którą igrać jest niebezpiecznie; według niego metamorfozy społeczeństw i krajów winny dokonywać się na sposób organiczny, przez stulecia, a rewolucje w imię doktryny nie prowadzą do niczego prócz masowych cierpień oraz dreptania w miejscu. "Kierunek pionowy, kiedy człowiek zwracał oczy ku niebu, został stopniowo w ciągu ostatnich stuleci zastąpiony kierunkiem poziomym, to znaczy zawsze przestrzenna wyobraźnia ludzka na miejsce Ťnadť podstawiała Ťprzedť, w przestrzennie pojętym czasie, i to Ťprzedť jako cel zostało nazwane w marksizmie". "Naprzód" to prawdopodobnie najbardziej eksponowane słowo w nówomowie krajów totalitarnych (jedynie nazwisko aktualnego dyktatora może z nim współzawodniczyć w częstotliwości występowania). W imię ruchu naprzód poświęca się tam każde pokolenie na rzecz następnego; każdy obecny albo były obywatel tych krajów rozumie jednak, dokąd prowadzi ów ruch - nawet nie w przepaść, niestety, lecz w bagno.
Poglądy Miłosza łatwo nazwać konserwatywnymi. Ale da się do niego zastosować słowa, jakimi on sam określił Simone Weil, myślicielkę i moralistkę z lat trzydziestych, dla której filozofia była nie grą abstrakcyjnych kategorii, lecz sposobem życia i przyczyną śmierci: "Jeśli coś uważała za prawdę, mówiła to nie zastanawiając się, czy narazi się na posądzenie o sojusz z konserwatystami i z reakcjonistami". Miłosz wypowiada się przeciwko siłom upadku, amnezji i bezczelnego łgarstwa. Jego słowa na temat marksizmu to zapewne najsensowniejsza rzecz, jaką można powiedzieć o tej bynajmniej nie prostej doktrynie:
Marksiści dotknęli najbardziej istotnych problemów naszego stulecia i dlatego nie wolno przejść obok ich teorii obojętnie. Zarazem nie trzeba zanadto im wierzyć, bo zbyt często z poprawnych przesłanek wyciągają mylne wnioski, stale ulegając presji swoich własnych życzeń i naginając do nich fakty.
To, co mógłby ktoś nazwać konserwatyzmem Miłosza, jest nade wszystko dążeniem, aby nie poddać się prądowi rzeki Heraklita. Miłosz interesuje się strukturami głębokimi ludzkiego doświadczenia, językiem kultury określającym jej funkcjonowanie w czasie - jej mowę. Jeśli jest podatny na nostalgię, to jest to tęsknota nie za utraconą ojczyzną czy nawet dzieciństwem, ale za utraconą skalą wartości, za samą kategorią wartości, za kulturą, za językiem. Nietrudno wykryć niejakie podobieństwo między Miłoszem a Eliotem, którego tłumaczył w okupacyjnym podziemiu. (Każdy, komu znane są losy Wschodniej Europy, wspomniałby w tym kontekście jeszcze jednego poetę - Osipa Mandelsztama). Sam Miłosz powołuje się na mniej znane nazwisko Oskara Miłosza, swego dalekiego krewnego i poetyckiego mistrza, jedną ze zdumiewająco oryginalnych i osobliwych postaci początku stulecia. Syn polskiego szlachcica i Żydówki, został dyplomatą w służbie niepodległej Republiki Litewskiej; mimo to nigdy nie nauczył się języka kraju, któremu wiernie służył; pisał przepiękne wiersze po francusku, następnie jednak porzucił je na rzecz swedenborgiańskich proroctw, w których przepowiadał światową katastrofę mającą się zacząć w "polskim korytarzu", upadek księżyca na Rosję oraz ruinę Ameryki (tę ostatnią uważał za coś w rodzaju Wielkiego Szatana współczesności). Niezależnie od tego, co się myśli o tych proroctwach (które w dziwny sposób spełniły się lub są raczej bliskie spełnienia), Oskar Miłosz był jedną z tych postaci, które usiłowały odnaleźć w naszym świecie moralny punkt odniesienia - i Czesław Miłosz wiele się od niego nauczył.
Erozja skali wartości zaczyna się - zdaniem Miłosza - stopniowo, w głębi, od abstrakcyjnych sporów teologicznych: podporządkowanie człowieka prawom determinizmu, jego włączenie w naturę, pozbawia znaczenia życie i śmierć. To, co pozostaje, można opisać w czterech słowach: "urwany szept, milknący śmiech". Ta redukcja człowieka jest dla nas lekcją stoicyzmu, niestety jednak łatwo ulega wulgaryzacji: w klasie szkolnej, w dziełach drugorzędnych myślicieli, w mózgach potencjalnych dyktatorów. Miłosz dostrzega głębokie powiązanie pomiędzy triumfami deterministycznej biologii w wieku XIX a totalitaryzmami w wieku XX, które proponują ludzkości posłuszeństwo prawom czy dżungli, czy mrowiska, czy najczęściej jednego i drugiego.
Również na poezji ciąży tu część winy. "Być może lament, tak dziś w poezji rozpowszechniony, dowodzi jej proroczych darów i jest odpowiedzią na beznadziejną sytuację, w jakiej znalazła się ludzkość? W takim wypadku poezja raz jeszcze dowiodłaby, że umie być bardziej świadoma niż ogół obywateli czy też, że podnosi do potęgi to, co w ich umysłach jest stale obecne, ale jakby przesłonięte". Począwszy od XIX stulecia - od Baudelaire'a, a jeszcze bardziej od Mallarmégo - poezja albo zagłębiała się w swój własny labirynt, w niekończące się metastruktury lingwistyczne, albo też stawała się skrajnie osobista; i podczas gdy poeta - niekiedy nie bez wygód - podróżuje sobie przez swoje prywatne psychoanalityczne piekło, wokół niego urasta piekło całkowicie obiektywne, zupełnie niestety pozbawione komfortu. Można by rzec, że poeci jedynie nieświadomie zapowiadają nową epokę, z jej alienacją, usankcjonowaniem pustych konstrukcji językowych, egotyzmem i kultem śmierci. Ale dla wrażliwego sumienia już samo nieświadome przeczucie wiąże się ze współwiną. Dlatego Miłosz powie w jednym ze swych najlepszych wierszy:
-
Bo wiersze wolno pisać rzadko i
niechętnie,
-
pod nieznośnym przymusem i tylko
z nadzieją,
-
że dobre, nie złe duchy, mają w
nas instrument.
Czy jest wyjście ze ślepego zaułka, w którym jako swój instrument wybierają poezję duchy w najlepszym przypadku problematyczne? Miłosz dostrzega oznaki nadziei w poezji Europy Wschodniej.
Jego książka
zawiera szereg krótkich, błyskotliwych szkiców o
polskich poetach. Kochanowski, Mickiewicz, Białoszewski
i Wat są, na nieszczęście, nieporównanie mniej znani na
Zachodzie niż Spencer, Byron, Cummings lub Lowell, choć
są to poeci w przybliżeniu tej samej rangi. Mówiąc o
nich, Miłosz nie poprzestaje na informacji, ale przy
okazji rozwija swoją teorię klasycyzmu i realizmu
(wolałbym nazwać te dwa bieguny wszelkiej literatury
"poetyką rozpoznania" i "poetyką frenezji"). Według
Miłosza każdy poeta jest realistą z definicji: "Sam akt
nazywania rzeczy zawiera w sobie wiarę w ich byt, a więc
w świat prawdziwy, cokolwiek o tym powiedziałby
Nietzsche". Różni nas jednak od Boga to, że nie jesteśmy
zdolni do postrzegania świata inaczej niż poprzez język.
W każdym stuleciu poeta staje przed jednym i tym samym
wyborem: albo wznosić piękne budowle literackich toposów
i konwencji ("konwencja" rozumiana tu jest szeroko i
może obejmować modne sposoby naruszania norm, wolny
wiersz itd.) - albo próbować osiągnąć to, co niemożliwe:
nazwać nienazwane. Tylko napięcie pomiędzy tymi dwoma
biegunami stwarza poezję, w innym wypadku wiersz staje
się albo zdartą płytą, albo chaotycznym bełkotem. Moje
jedyne zastrzeżenie dotyczy tutaj faktu, że Miłosz
skłania się ku wyjaśnianiu przemiany poetyckiej przez
przemianę historyczną (w rozdziale Ruiny i
poezja). W istocie zaś język nie idzie krok w krok za historią; jest raczej sam w sobie jedną z tych sił, które nadają historii miarę i kształt.
Poezja Europy Wschodniej bez wątpienia znajduje się bliżej bieguna realistycznego. Każdy, kto porównał poezję zachodnią z autentyczną poezją pisaną w krajach totalitarnych, doświadczył zapewne osobliwego poczucia, że nie są to warianty tej samej sztuki, lecz raczej dwa odmienne rodzaje sztuki. Co na Zachodzie jest zaledwie rozrywką lub w najlepszym wypadku zwierzeniem z freudowskiej kozetki, na Wschodzie jest wciąż jeszcze sprawą życia, a nierzadko i śmierci. Na Zachodzie poezja mieszka głównie na uniwersyteckim campusie; na Wschodzie prędzej już objawi się za drutami obozu. Na Zachodzie odbiorcami poezji są inni poeci, a i to nie zawsze; na Wschodzie poezja, z wielkim niebezpieczeństwem dla swego autora, przezwycięża wyobcowanie. Choć może to dziwić, izolacja ludzi w świecie totalitarnym rodzi nowe typy więzi, nowe możliwości tajnego porozumiewania; społeczeństwo zatomizowane jest w stanie (chociaż nie musi) przeobrazić się w nową rodzinę. Miłosz, zdaje mi się, skłania się do widzenia tego zjawiska jako nowego socjalizmu - nie mechanicznego i zafałszowanego, jak w ZSRR, ale organicznego i autentycznego. Często socjalizm ten oznacza jedynie szczerą gotowość, aby zginąć razem z socium, "z czernią i czeredą", jak zginął Mandelsztam. Być może jednak potrafi dziś oznaczać także przetrwanie i zmartwychwstanie. Skądinąd, słowo "socjalizm" jest już na Wschodzie tak skompromitowane, że musi nam wystarczyć słowo "solidarność".
Poezja, zdaniem Miłosza, powinna być eschatologiczna, to znaczy ustawiona wzdłuż osi czasu, skierowana ku przyszłości; bez poezji nie ma przekształcenia świata i języka. Po trzech epokach, zwięźle i przekonująco opisanych przez autora - Wieku Rozumu, Wieku Uniesień i Wieku Postępu - bez wątpienia żyjemy w czwartej i najgorszej, w Wieku Rozpaczy; ale są wiersze, włącznie z wierszami samego Miłosza, które zwiastują nadejście nowej epoki - Wieku Nadziei w Beznadziejności.
Nadzieja leży właśnie w odbudowie czasu. Reżymy totalitarne, w zgodzie z dobrze znaną receptą Orwella, poświęcają główną część swych wysiłków falsyfikacji, symplifikacji i wyciszaniu przeszłości. Tymczasem teraźniejszość staje się beznadziejna, a przyszłości po prostu nie ma. Ale dokonuje się zarazem i proces odwrotny. Po raz pierwszy w historii ludzkości dokonania przeszłych pokoleń, obrzędy, symbole i mity zaginionych cywilizacji, malarstwo, muzyka i literatura minionych dni ujawniły się jako integralna całość. Stary przesąd głosi, że tuż przed śmiercią w ciągu paru sekund przewija się przed oczyma człowieka całe jego życie; i czasami wydaje mi się, że objawienie przeszłości przed naszymi oczami w wieku XX wróży naszą nadciągającą zagładę. Mam na myśli niekoniecznie zagładę nuklearną: "Nie zawsze [...] śmierć jest największym zagrożeniem, bo często jest nim niewolnictwo".
Lecz Miłosz wierzy, że siły druzgoczące ducha Ludzkości mogą jeszcze cofnąć się przed naszą świadomością i pamięcią. Uważa za możliwe, że stoimy wobec tworzenia się jakiejś nowej nauki: "Zamiast, jak to dzisiaj jest nagminne, pokazywać człowieka w jego cechach wspólnych z innymi wyższymi stworami łańcucha ewolucyjnego, podkreślana będzie wyjątkowość, niezwykłość i samotność tej niezrozumiałej dla siebie istoty, która bez ustanku wykracza poza swoją możliwość". Współczesna poezja raz jeszcze przepowiada i poniekąd przyspiesza tę przemianę, w ten sposób odpokutowując swoją dawną winę. Właśnie w krajach Europy Wschodniej proces przypominania tego, co minione, leczenia amnezji, uświadamiania sobie wyjątkowości i osobliwości człowieka zaszedł szczególnie daleko - tak daleko, że Wielki Brat w przededniu roku 1984 czuje się niezbyt pewny siebie.
W dniu, w którym piszę te słowa, zwolennicy zdławionego ruchu "Solidarności" w Polsce wciąż jeszcze podnoszą palce w kształcie "V", międzynarodowego znaku zwycięstwa. Czynią to również w Gdańsku, pod pomnikiem wzniesionym ku czci zabitych robotników, na którym wyryto wiersz Miłosza. Podobno generał Jaruzelski miał się raz wyrazić: "W polskim alfabecie nie ma takiej litery". Ale na literach znali się zawsze lepiej poeci niż generałowie.
z angielskiego przełożył Stanisław Barańczak
-
1. Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku, Instytut Literacki, Paryż 1983; I wyd.
krajowe: Czytelnik, Warszawa
1987.
|