|
ALEKSANDER FIUT
Aksamitne pasmo języka.
Czym właściwie
jest Piesek przydrożny Czesława Miłosza?
Jeszcze jednym sposobem szukania "formy bardziej
pojemnej"? Z pewnością także. Przemawia za tym
heterogeniczny charakter tomu, do którego Miłosz zdążył już swoich czytelników przyzwyczaić. Bo czegóż tutaj nie ma!
W pierwszej
części, otwartej tekstem tytułowym, wierszom, zarówno
tym najnowszym, jak też jakby wydobytym z szuflady,
towarzyszą krótkie prozatorskie wypowiedzi autora,
nierzadko przyjmujące formę zdumiewających sentencji w
rodzaju: "Wzniosłość: świadomie bezbronne wystawianie
się na szyderstwo ludzi". Ale obok tego można znaleźć m.
in. fragmenty dawnych piosenek, zapisy snów, cytaty z
okupacyjnego Dziennika Nałkowskiej i z tomu
Wszystko jest poezja Stachury. Został nawet przytoczony uroczy list ośmioletniej czytelniczki Miłosza, która wyznaje: "Ja Pana po prostu uwielbiam i szalenie dziękuję za Przypowieść o maku i Tak mało
(kocham je tak jak moje koty)" (Ośmioletnia Asia w
Toruniu). Druga część pt. Tematy do
odstąpienia ma natomiast zupełnie inny charakter, zawiera bowiem krótkie formy prozą, których gatunkową przynależność trudno dokładnie sprecyzować.
Autor
Pieska jawnie odwołuje się do pamięci swoich
czytelników i zachęca do wertowania całej swojej
twórczości. Osobny zeszyt - kartki odnalezione
skłaniają do ponownego sięgnięcia po cykl Osobny
zeszyt. Otwierający zapis pt. Siła mowy
cytat: "Co jest nie wymówione, zmierza do nieistnienia"
pochodzi z wiersza Czytając japońskiego poetę Issa
(1762-1826). Fragment prozą pt. Muzyka
może być odczytany jako wariacja na temat, napisanego w
Waszyngtonie, w 1948 roku, Koncertu.
Pragnienie, Argument, Nasza
wspólnota czy Zadra mogłyby się z
powodzeniem znaleźć w którymś z Abecadeł.
Tematy do odstąpienia wydają się dalszym ciągiem
Kronik - zgodnie już przytaczanym wyznaniem
autora - "jakby powieściami skondensowanymi do
kilkunastu czy iluś tam linii". Dwa z nich: O duszę
Ojca Junipero i Do sprawy Ojca Junipero
wprowadzają postać, która pojawiła się w poemacie Po
ziemi naszej. I tak dalej, i tak dalej. Tego
rodzaju reminiscencje można mnożyć. Jaki stąd wniosek? W
zamyśle autora Piesek przydrożny wydaje się być
swego rodzaju figuratywną summą jego twórczości, a
przynajmniej ważnym bilansem artystycznym
dotychczasowego dorobku. Domysł tym bardziej
uzasadniony, że książka zachęca, by postępować jeszcze
inaczej. Na przykład rekonstruować wątek
autobiograficzny i dorzucać nowe elementy do już
posiadanej wiedzy o życiowych przygodach autora. Z
rozsianych fragmentów układać esej o nihilizmie
współczesnej cywilizacji, szkic historycznoliteracki o
nienapisanej i nie dającej się napisać powieści
psychologicznej czy studium o procesie twórczym. Słowem
- można tę układankę rozsypywać i porządkować na
rozmaite sposoby. Rychło się przecież okaże, że
Piesek przydrożny odznacza się pewną swoistością, której nie daje się po prostu sprowadzić do zabiegu swobodnego podstawienia jednego elementu w miejsce już istniejącego, mieszania i kolażowego łączenia wszystkiego ze wszystkim.
Powstaje zatem
pytanie: na ile kompozycja Pieska odwzorowuje -
podobnie jak wcześniejsze dzieła Miłosza - układ
kalejdoskopowy, mozaikowy lub "work in progress
(dzieła w toku)"? Z pewnością przypomina pod pewnymi
względami kalejdoskop: daje się układać wedle swobodnego
wyboru czytelnika. Jednakże jego kompozycja wydaje się
znacznie bardziej rygorystyczna niż miało to miejsce np.
w Nieobjętej ziemi. Już choćby dlatego, że
poszczególne wiersze, noty i cytaty współtworzą swego
rodzaju cykle tematyczne. Najważniejsze z nich, ściśle
zresztą ze sobą splecione, traktują o poezji, religii i
społeczności ludzkiej. Można w nich ponadto wyodrębnić
rozmaite wątki, np. pierwszy opisuje m. in. proces
tworzenia, zależność poety od środowiska, narodu i
własnej kultury; drugi dotyka problemu erozji wyobraźni
religijnej, skutków postępującej laicyzacji i
konfrontacji chrześcijaństwa z islamskim
fundamentalizmem; trzeci od namysłu nad ludzką naturą
przechodzi do diagnozy świadomości ukształtowanej przez
cywilizację masową. Bywa jednak i tak, że sąsiadujące ze
sobą teksty nawzajem się interpretują i oświetlają. I to
od pierwszych stron książki poczynając. Na przykład
procesowi poznawczemu poświęcone zostają zapisy:
Ograniczony, Oczy, Bez
kontroli; stosunkowi do polskości:
Podejrzenie, Samopogarda,
Gombrowicz oraz - dość przewrotnie - W
Afryce; dwoistości ludzkiej natury:
Rozdwojenie, Gdyby to,
Obyczaje, Zacność; dylematom związanym
z przynależnością do Kościoła katolickiego:
Wdzięczny, Wierzyć, nie wierzyć,
Powinienem był, Uczynki i
Łaska, Jej herezja, Szczególna
chwila, a także, należąca do Tematów do
odstąpienia, Opowieść o nawróconym.
Granice owych cykli tematycznych można więc, jak widać,
rozmaicie ustanawiać, gdyż podobnie jak w Traktacie
poetyckim i tutaj panuje "płynność segmentacji" (termin Błońskiego). Trudno jednakże istnienie cykli bagatelizować.
Może zatem
Piesek przydrożny bardziej przypomina mozaikę?
Problem w tym, że o ile w poprzednich książkach ważną
wskazówkę zawierał już sam tytuł dzieła - tutaj tytuł
wprawia czytelnika w zakłopotanie. Bo cóż on właściwie
znaczy i jaki jest jego związek z całością tomu? W
tytułowym tekście Miłosz wspomina, jak to powożąc w
latach dzieciństwa czy wczesnej młodości parokonnym
wozem wjeżdżał do wsi i miasteczek obszczekiwany przez
psy. Ale, co zaskakujące, swoje wspomnienie ubiera w
dostojne frazy i przyozdabia epitetami, które brzmią
dosyć znajomo. Bo w owych "powiatach pagórków i borków"
czy "okolicach polnych i jeziornych" nietrudno dosłuchać
się ech Pana Tadeusza . Mickiewiczowskie z ducha jest także pokryte wybaczającym humorem wzruszenie, z którym poeta spogląda na czas miniony i dokonany: "Był to początek stulecia, teraz jest koniec. Myślałem nie tylko o ludziach, którzy tam mieszkali, także o pokoleniach piesków im w codziennej krzątaninie towarzyszących, i raz, nie wiadomo skąd, pewnie we śnie nad ranem, zjawiła się ta śmieszna i czuła nazwa: 'piesek przydrożny'".
Początek zdania:
"Wybrałem się na poznawanie mojej ziemi" brzmi
podniośle, niby fragment zawartej w baśniach czy mitach
opowieści o ludzkim poznaniu. Ale dalszy jego ciąg:
"parokonnym wozem, z dużym zapasem poszoru i blaszanym
wiadrem grzechoczącym z tyłu" gwałtownie sprowadza z
mitycznych obłoków na ziemię. Byłby zatem "piesek
przydrożny" znakiem dawności? Jeśli tak, to konkretnej,
ściśle pod względem historycznym, geograficznym,
kulturowym, językowym nawet (trzeba wiedzieć, co to był
"poszor"!) określonej i nazwanej. Potwierdzonej nadto
osobistym przeżyciem samego poety. Byłby złamaniem
konwencji? Jeśli tak, to w imię wierności temu, co w
ludzkim życiu zwyczajne, trywialne, a przez to nierzadko
umykające uwadze. Ten trop wydaje się do odczytania
ogólnego znaczenia całej książki ważny, ale czy
wystarczający? Bo przychodzi też do głowy myśl, dosyć,
prawdę rzekłszy, ambarasująca, że ów piesek to jeszcze
jedno, żartobliwe i wyjątkowo przewrotne przebranie
autora, który "obszczekuje" mędrków i hipokrytów, ludzi
nadętych i "wypimpiszonych", spełniając swój obowiązek
wobec swoich czytelników i strzegąc pilnie gospodarstwa
polskiej literatury. Za taką hipotezą przemawiałaby
dezynwoltura, z jaką traktowane są w tej książce poważne
tematy, oraz nota pt. Persona, gdzie czytamy:
"Kiedy ten poeta uznał, że przemawia w wierszu nie on
sam, ale stworzona przez niego persona, przybyło mu
śmiałości i przezwyciężył swoje skrupuły powstrzymujące
go od zmyśleń". Miłosz "bywał" w swoich utworach muchą,
dlaczego więc nie mógłby "przeistoczyć się" w psa?
Zwłaszcza że w całym tym tomie wciela się w różne role i
postacie, nieustannie zmienia osobę gramatyczną. Krótko
mówiąc, Piesek przydrożny - odmiennie niż miało to miejsce w poprzednich odmianach formy sylwicznej - wydaje się najwyraźniej zerwaniem ze zwyczajem zdejmowania maski i przemawiania we własnym, prywatnym imieniu.
Pozostaje więc
odpowiedź na pytanie, w jakim stopniu wypełnia ta
książka wymóg "work in progress". Na taki jej
charakter wprost wskazują Tematy do
odstąpienia, jakby pomysły, które autor
wielkodusznie ofiarowuje innym autorom. Motywując zaś
swoją decyzję powiada: "nie będę ich mógł sam
wykorzystać" i dodaje: "Ta przynajmniej korzyść z
przekroczenia osiemdziesiątki, że widowisko świata, choć
straszne, ukazuje się zarazem jako wysoce komiczne, tak
że zbytnia powaga nie przystoi. (...) Zarazem nabiera
wagi samo przedstawienie, dlatego po prostu, że odbywało
się, kiedy nas nie było i będzie odbywać się, kiedy nas
nie będzie. Dobrym czynem jest wzmacniać zainteresowanie
ludzi tym theatrum mundi, złym, przekonywać, że
skoro tylko umrzemy, wszystko rozwieje się w nicość".
Skąd wniosek: "Moje tematy mogą się przydać ludziom
znużonym literaturą wyznań, rozlewającego się strumienia
percepcji, bezkształtem opowieści o sobie". I wezwanie:
"Błogosławmy klasycyzm i miejmy nadzieję, że nie
przeminął na zawsze" (Dlaczego odstępuję ).
Nie trzeba
szczególnej przenikliwości, by dostrzec, że te tematy
wcale nie są do odstąpienia. Że ich brulionowość jest
pozorem, albo inaczej: że w niej właśnie wyraża się
najpełniej zamysł pisarski. Stanowią bowiem propozycję
oryginalnej formy literackiej, właściwie nowego gatunku
literackiego, który stanowi ogniwo pośrednie pomiędzy
prozą awangardową i tradycyjną - tą spod znaku
klasycyzmu i dziewiętnastowiecznego realizmu. Co więcej,
nie same anegdoty są ważne, lecz metoda ich opisania,
konwencja, która zostaje strawestowana (np. baśń,
opowieść, list, praca naukowa) lub wprost wynaleziona.
Krótko mówiąc, Piesek przydrożny , jak na pieska przystało, łatwo może sprowadzić na manowce. Wypada zatem wybrać choćby jedną ścieżkę i postępować nią konsekwentnie w nadziei, że gdzieś ona w końcu zaprowadzi. (...)
Czyżby
niewysłowionemu cudowi pojedynczego istnienia i myślenia
odpowiadała niemożność jego wypowiedzenia i przekazania
innym? To tłumaczyłoby, z jednej strony, napięcie, jakie
występuje pomiędzy pragnieniem przelania na papier
wewnętrznej prawdy, a świadomością daremności takich
usiłowań, z drugiej - sprzeczność, jaka powstaje
pomiędzy dążeniem do mówienia bezpośrednio, we własnym
imieniu, a chęcią ukrycia się, wymogiem dystansu,
obiektywizmu. Ów cud jawi się przy tym z wyjątkową
wyrazistością jako cud właśnie komuś obdarzonemu taką
biografią, jak Miłosz. Daje się ona odczytać jako
szczególnie porażająca i dotkliwa lekcja przygodności
ludzkiego losu, której jednemu z mieszkańców Europy
Środkowej udzieliła w XX wieku historia. To równocześnie
trudna do ogarnięcia suma doznań, spostrzeżeń, pomyśleń,
wspomnień, składająca się na każde pojedyncze życie,
które w tym przypadku obejmuje niemal całą epokę.
Powstaje jednak zasadnicze, wpisane w podtekst całego
Pieska przydrożnego , pytanie: jaka jest natura czy istota tego cudu, kiedy się ją ogląda z perspektywy konkretnej, pojedynczej egzystencji? Odpowiedź na nie stwarza wyjątkowe trudności. Nawet myśliciel tak wytrawny, jak Leszek Kołakowski, formułując temat tej książki musiał uciec się do - błyskotliwego - paradoksu:
Jeśli kiedy Miłosz spisał swoją
metafizykę, to jest nią najpewniej Piesek
przydrożny . Ta metafizyka nie jest wesoła, ale wedle mojej pamięci, żadna metafizyka nie jest. A mówi ona, że nic na świecie nie jest jednoznaczne i, co więcej, cokolwiek jest i cokolwiek się dzieje, jest podszyte siłą przeciwną, wrogą. Pod pokrywą bycia nicość się czai, a nicość na byciu się unosi; spod chmury zła dobro wygląda, a zło się dobra uczepia i za nim podąża; a podobnie jest ze szczerością i zakłamaniem, komedią i tragedią, wiarą i rozpaczą, tożsamością i przekręceniem. (...) Ale tak chyba Miłosz nie napisał? Nie, tak nie napisał, bo to byłoby nieciekawe. Napisał całkiem inaczej. Pisał o niepojętej rozmaitości losów ludzkich, o przypadkowych spojrzeniach na rzeczy zwyczajne i błahe, kiedy to z tych ułamków spojrzeń wyłania się nagle olśnienie czymś zagadkowym, niepokojąco niezrozumiałym.
"Olśnienie czymś
zagadkowym" może dotyczyć bardzo różnych spraw, na pozór
błahych. Wystarczy zgodnie z zaleceniami buddyzmu "być
uważnym" (Uważność) , by zaczęły mnożyć się
znaki zapytania. Jaka jest "wspólna dla nas wszystkich
prawda o rzeczach" (Oczy) , skoro inaczej
postrzegają te same przedmioty motyl, salamandra i
człowiek? Jak dotrzeć do "prawdy o losie człowieka na
ziemi", skoro nawet "esencja potworności poznanej w tym
stuleciu" (Szukanie) wymyka się słowu? W jaki
sposób odtworzyć wiernie zdarzenia przeszłości, jeśli
"Kto żyje długo, wie, jak bardzo to, co widział na
własne oczy, obrosło plotką, legendą, powiększającą albo
pomniejszającą wieścią" (Przeszłość)? Co
sprawia, że nawet starcze ciało pozostaje instrumentem
miłosnego prądu? (Ależ )
Jeśli prawda
poszczególnej ludzkiej egzystencji jest aż tak
zwodnicza, to jak ją złowić słowem, które nieuchronnie
stanowi część cudzej wypowiedzi, sygnał przynależności
rodzajowej czy gatunkowej, symbol pewnej kultury? Innymi
słowy, pojawia się w tym miejscu drugie obok
poprzedniego, najważniejsze z ukrytych pytań Pieska
przydrożnego . A mianowicie kwestia, co jest lepszym naczyniem dla owej prawdy, mowa wiązana czy niewiązana? Rzec można, że niepokorny uczeń awangardy odbywa podróż do granic poezji. Podróż tym bardziej uzasadnioną, że zawsze na pierwszym miejscu umieszczał w sztuce poetyckiej mimesis, wydrwiwał w wierszach awangardowych ich zwyczaj narcystycznego przeglądania się we własnym lustrze, domagał się od poetów obiektywizmu i wiernego oddania szczegółów. Czyli żądał od poezji wypełnienia tych samych warunków, jakie zwykło się stawiać prozie!
Miłosz,
zapraszając do udziału w tej podróży, nie pozostawia
jednakże czytelnikowi zbyt wielu wskazówek. Poświęca
wyjątkowo dużo uwagi poezji, ani słowem nie wspomina
jednak o kryterium, które decyduje o jego wyborach
rodzaju literackiego. A pisze przecież o tak intymnych
sprawach, jak akt tworzenia (Czuć od środka).
Poetę określa mianem "dziecka wśród dorosłych"
(Dziecinność) , czyli kogoś, komu wciąż zagraża
śmieszność. Wie, że jest "brany za kogoś innego"
(Nie ten) i że "Pisanie wierszy uchodzi za
zajęcie niemęskie" (Niemęskie) . Jakkolwiek
nazywa poezję dwudziestego wieku "zbieraniem danych o
rzeczach ostatecznych w kondycji ludzkiej"
(Teologia, poezja) i wyraża wiarę, że "nawet
potężna, krwista czynna osobowość w porównaniu z celnym
układem słów, choćby opisywały tylko wschodzący księżyc,
jest zaledwie cieniem" (Siła mowy). Refleksja o
sztuce prozatorskiej jest w "Piesku przydrożnym"
znacznie uboższa i dotyczy głównie gatunku powieści.
Miłosz, ostentacyjnie zdradzając swój gust staroświecki,
zauważa jedynie mimochodem, że "Powieść powinna
zaciekawiać, porywać i wzruszać. Jeżeli nie wzrusza,
brak jej cech prawdziwej powieści" (Powieść) .
Gdzie indziej dorzuca: "Powieść jako baśń: musi być w
niej słyszalny głos bajarza. Jest on obecny ze swoimi
miarami dobra i zła, ale ma opowiadać nie o sobie"
(Baśń) . Tylko w jednym miejscu formułuje
problem natury ogólniejszej: "Pragnienie prawdy natrafia
na wiersze i opowieści, a wtedy wstyd, bo to wszystko
tylko mitologia - ani tak nie było, ani tak nie czułeś.
To sam język rozwijał swoje aksamitne pasmo, po to, by
zakryć to, co bez niego równałoby się nic"
(Pragnienie prawdy ).
Jednym z powodów
trudności odpowiedzenia na postawione pytania może być
właśnie owo jednolite "aksamitne pasmo języka", czyli
płynność granicy pomiędzy poezją i prozą. Została ona
wprawdzie dostrzeżona w Piesku przydrożnym przez wielu jej komentatorów, nikt jednak jak dotychczas nie próbował bliżej opisać jej charakteru.
|