RENATA GORCZYŃSKA
Późna miłość
W pierwszym
wydaniu antologii Postwar Polish Poetry (1963) Czesław Miłosz nie umieścił ani jednego wiersza Anny Świrszczyńskiej. W rozszerzonej wersji tego zbioru (1983), złożonego ze 125 utworów dwudziestu pięciu polskich poetów współczesnych, Świrszczyńska zajmuje poczesne miejsce. Miłosz wybrał siedemnaście jej wierszy. Ilościowo w nowej wersji tej antologii góruje nad nią tylko Zbigniew Herbert. Jeśli zwracam uwagę na te istotne zmiany redakcyjne w antologii, to nie dlatego oczywiście, by wytknąć autorowi, że za pierwszym razem przeoczył ważny głos we współczesnej poezji polskiej, lecz by przypomnieć, że w wypadku Świrszczyńskiej mamy do czynienia z erupcją talentu poetyckiego w dojrzałym wieku, po wielu latach chudych.
Miłosz sięgnął w
drugiej redakcji antologii do dwóch jej tomików
poetyckich: Jestem baba i Budowałam
barykadę; ten ostatni ukazał się w roku 1979 w
wersji dwujęzycznej w przekładzie Magnusa Kryńskiego i
Roberta McGuire'a, i z niego poeta przytacza osiem
utworów. Natomiast dziewięć wierszy Świrszczyńskiej w
jego własnym tłumaczeniu zamieszczonych w antologii
okazało się początkiem osobnej książki. W roku 1985
Miłosz we współpracy z Leonardem Nathanem,
kolegą-profesorem z wydziału retoryki Uniwersytetu
Kalifornijskiego, ogłosił przekłady wierszy
Świrszczyńskiej w sporym zbiorze pod tytułem Happy
as a Dog's Tail. Interesującą formą posłowia do
tego tomu jest zapis rozmowy obu tłumaczy o twórczości
poetki, używającej za granicą skróconej wersji nazwiska
- Świr. Jej wolny wiersz, maksymalnie uproszczony,
odnoszący się do konkretu i pozbawiony ozdobników,
nasuwa Miłoszowi porównania z poezją Różewicza. Nathan,
szukając analogicznego zjawiska w poezji amerykańskiej,
zastanawia się nad pewnymi podobieństwami z Sylvią Plath
- na przykład w brutalnej uczciwości. Jednakże
zastrzega, że to porównanie może okazać się zwodnicze,
bo erotyki polskiej poetki, mimo rzadko spotykanej
śmiałości, nie są bynajmniej konfesyjne; sprawia to
ogromny dystans "Ja" autorskiego do "ja" poetyckiego.
Ponadto Annie Świr obce jest psychologizowanie, poetka
sięga raczej do archetypu. W miarę zagłębiania się w
twórczość poetycką Świrszczyńskiej podziw Miłosza dla
niej rośnie. Sprawiły to również jej późne Wiersze o
ojcu i matce, stanowiące część pośmiertnie wydanego
tomiku Cierpienie i radość (1985). I jego
najnowsza książka, Jakiegoż to gościa mieliśmy; O
Annie Świrszczyńskiej, jest tego dowodem, złożonym
na piśmie: "Ta moja koleżanka pokoleniowa była
urzekającą istotą, elfem może albo Rozalindą i Mirandą
Szekspira. Broniła malarza, bo kochała go jako ojca, ja
natomiast jej bronię, bo jestem w niej (niemal)
zakochany". W tym dowodzie (niemal) miłości do zmarłej w
1984 roku poetki, Miłosz stawia ją bardzo wysoko w
hierarchii polskich Safon, obok
Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej i Poświatowskiej. W
cytowanym wyżej fragmencie zastanawia jednak słowo
"bronię" (prawa do sławy, należy tu dodać). Wydaje się,
że dojrzałej i późnej twórczości Świrszczyńskiej nie
trzeba bronić, bo ma ona już ustaloną renomę. Jestem
baba było rewelacją poetycką początku lat siedemdziesiątych, odnotowaną z uznaniem nie tylko przez krytyków literackich, ale i szerszą publiczność. Wizerunek współczesnej kobiety w tych wierszach był tyleż prowokacyjny wobec zakorzenionych konwenansów społecznych, co i prawdziwy, a głos poetki tchnął siłą i empatią. Dalsze jej tomiki wywołały podobny rezonans. Być może w opinii Miłosza na obronę zasługuje w dzisiejszej Polsce światopogląd Świrszczyńskiej - agnostycyzm graniczący z animizmem, materializm, niechęć do instytucjonalnych form religii. Jeśli jednak o to chodzi, to jej obrońca dochodzi do ciekawych wniosków: ta, która pisze o ciele, okrężną drogą dociera do metafizyki. Z pozoru dziwna to para. Ich poezja nie przystaje do siebie. Miłosz tka przebogaty gobelin, Świrszczyńska - szorstkie płótno. On spina czasy, kontynenty, wydarzenia w jednej linii wiersza:
- W Dolinie Śmierci myślałem o sposobach upinania
włosów.
- O ręce która przesuwała reflektory na studenckim
balu
- (Miasto bez imienia)
Ona
mozolnie przyszpila chwilę z szarej równiny
polskiej:
- Idąc na ucztę miłosną do ciebie
- zobaczyłam na rogu
- starą żebraczkę.
- (Taka sama w środku)
Charakterystyczną figurą poetycką w erotykach Miłosza jest pars pro toto. Opisywana
kobieta bywa najczęściej zredukowana do dłoni lub stopy,
ziarnistego brzucha albo delty nóg. Jest przebrana w
kostium z epoki, nosi imię znanej postaci literackiej
lub mitologicznej. Kochankowie u Świrszczyńskiej
pojawiają się w pełnej postaci, nadzy, przystępują do
walki miłosnej jak zapaśnicy. U niego miłość bywa
najczęściej ewokacją, przedmiotem opisu spraw minionych,
wręcz martwą naturą, jak niedościgła Elegia dla
N.N. . U niej jest akcją dziejącą się tu i teraz. Uderzająca w jej wierszach dynamika bierze się z twórczego wykorzystania czasowników:
- Śmieję się, kiedy dyszysz,
- śmieję się, kiedy
- przestajesz dyszeć.
- (Twe piękne wnętrzności)
Te wibrujące siłą erotyki "koleżanki pokoleniowej" są przedmiotem podziwu Miłosza. Nie na darmo nazywa on Świrszczyńską "Telimeną wyzwoloną", poświęcając tej tematyce ostatni rozdział swej książki o niej. Jednakże seks (co podkreśla), jak i cała cielesność, z której ta poezja słynie, są bardzo mocno przefiltrowane przez świadomość. "Ja" poetyckie w tych wierszach przygląda się sobie fizycznej i fizjologicznej, sobie zwierzęcej - z poczuciem osobności ciała. "U żadnej innej poetki tak silnego rozdwojenia nie spotkałem - konkluduje Miłosz. - Być może hołdując swoim obciążeniom manichejskim nazywam ją poetką metafizyczną".
I tak oto, co z
pozoru różni tych dwoje poetów, zaczyna ich zbliżać do
siebie, mimo odmiennych wyborów formalnych. Druga silnie
łącząca ich kwestia to stosunek do rzeczywistości.
Miłosz, który zawsze pragnął pisać o tym, jak było
naprawdę", przypomina o istnieniu nurtu w
dwudziestowiecznej poezji polskiej zwanego autentyzmem.
Świrszczyńską można śmiało nazwać kontynuatorką tego
zapomnianego kierunku. Najpełniej wyraża się to w jej
zbiorze Budowałam barykadę (1974). Zdaniem Miłosza, jest to dzieło najwyższej próby, właśnie z uwagi na jego realizm, który można porównać do dokumentalnych fotografii, wywołanych z kliszy pamięci po trzydziestu latach. Wyłania się z nich cały koszmar życia i umierania przez 63 dni w powstańczej Warszawie. Minimalizm środków literackich okazuje się zbawienny dla siły przekazu. Wykształcona w młodości lakoniczna forma, zainteresowanie prozopoezją, umiejętność kaligraficznego rysunku - jak podkreśla Miłosz - wspaniale zaowocowały u poetki w wieku dojrzałym, nasycone nowymi treściami, w których biografia własna i najbliższych (niezapomniane studium ojca-malarza) odgrywa niepoślednią rolę.
Miłosz zetknął się
ze Świrszczyńską osobiście pod koniec lat trzydziestych
w Warszawie. Już wtedy budziła jego zainteresowanie. W
podziemnej antologii Pieśń niepodległa
zamieścił jeden jej wiersz - Rok 1941 , który doczekał się następnie licznych przeróbek w kolejnych jej zbiorach. Nota bene, te
warianty są przedmiotem jego analizy w książce o
Świrszczyńskiej. Ponownie spotkał poetkę po wielu
latach, podczas pamiętnej wizyty w Polsce w czerwcu 1981
roku. Opowiadał, że ujrzał krzepką, przystojną kobietę z
grzywą siwych włosów. Pod koniec 1983 roku przesłał jej
odbitki szczotkowe tomu Happy as a Dog's Tail . Ucieszył się, że sprawił jej tym wielką radość. Był to dla niej prezent na odejście.
Przeglądając
niedawno słownik wyrazów obcych, natrafiłam na hasło
"analekta". Określano tak niegdyś wypisy z jednego lub
wielu autorów, zaopatrzone w objaśnienia, dla celów
dydaktyczno-naukowych. Jakiegoż to gościa
mieliśmy to mądre, pełne ciepła i osobistego tonu analekta Miłosza ze Świrszczyńskiej. Ważnym uzupełnieniem dyskursu oraz sporej liczby przytoczonych wierszy są zdjęcia z archiwum rodzinnego poetki, oraz reprodukowany na okładce jej portret jako jedenastoletniej dziewczynki pędzla ojca, malarza Jana Świerczyńskiego.