To pisze
Miłosz-zdrajca, ten zdrajca polszczyzny, ale gdybym nim
nie był, nie mógłbym tego napisać.
Irena Grudzińska-Gross: - Co to
znaczy zdrajca?
CM: - Kiedy się odchodzi od przyjętego myślenia, myślenia ziomkowskiego - to jest zdrada. Na przykład wobec Polaków w Wilnie jestem nie bardzo w porządku.
AM: - Niedawno wróciłem z Wilna.
Patrzyłem na to miasto okiem dwóch pisarzy, Czesława
Miłosza i Tadeusza Konwickiego. Chodziłem po ulicach i
właściwie na każdym rogu ściskało mnie w gardle - gdy
patrzyłem na Ostrą Bramę, na uniwersytet Stefana
Batorego. Ja się tego rodzaju uczuć u siebie nie
spodziewałem. Natomiast uderzyło mnie to, że spotkałem
tam Polaków, którzy nie przyjęli do wiadomości istnienia
państwa litewskiego. O ni uważają, że to się musi skończyć,
że tam przyjdzie albo Polska, albo Rosja. Tak jakby
Litwini w ogóle się nie liczyli.
CM: - Ten mały naród cudem zachował swoją tożsamość. On nie miał prawa przeżyć, zachować swego języka. Powinien był skończyć tak, jak skończyli Słowianie Połabscy. I obok niego żyją Polacy, którzy mają poczucie, że są uciskani, że są obywatelami drugiej kategorii i kompletnie nie aprobują prawa Litwinów do własnego państwa, własnego języka i własnej dumy narodowej. Jednocześnie są to ci sami Polacy, którzy uznawali sowieckie prawo do panowania na Litwie.
Przed wojną istniało polskie Wilno, niewątpliwie przeważnie endeckie, ale wśród inteligencji było dużo światłych osób. Byli w Wilnie Polacy, którzy mogliby z Litwinami się dogadać. Niestety, ci, którzy mogliby zrozumieć Litwinów, ci najlepsi, ci, co mogli myśleć twórczo, niezależnie, wyjechali z Litwy. Został lud prosty, mający domki na przedmieściach z kurą i prosiaczkiem. A później odrodził się ten stereotyp z Rodziewiczówny. Ta zapeklowana mentalność odrosła z wzoru w pewnym sensie martwego.
Irena Grudzińska-Gross: - Kiedy
czytam to, co Pan pisze o dawnym Wilnie, mam uczucie, że
to nie jest miasto, tylko jakaś idylliczna, sielska
wieś.
CM: - To się zgadza. Może ja jestem bardziej ze wsi niż z miasta? Bo Wilno było wiejskim miastem. W takim mieście właśnie słyszało się, jak koguty pieją, psy szczekają. Choć były też elementy wielkomiejskie - często widzę je gdzieś tam w Paryżu na przykład. Wilno było wyraźnie podzielone: miasta polskie i żydowskie żyły osobno, a żydowskie jeszcze dzieliło się na mówiące w jidysz i po rosyjsku.
IG: - W Wilnie był Pan
Polakiem?
CM: - Tak, oczywiście, tyle że zbuntowanym przeciwko tej polskości.
IG: - A w Warszawie był Pan
Litw inem?
CM: - Nigdy nie byłem Litwinem, chociaż bardzo bym chciał. Jako poeta polski nie mogłem, bo podział przechodził po linii językowej. Ja bym lubił, żeby było tak jak w Finlandii, gdzie można pisać po szwedzku i być poetą fińskim.
IG: - To znaczy, że Pana
ojczyzną był język, i nie było wyboru.
CM: - Nie było. Nie było wypadku, żeby ktoś tworzący po polsku wiersze czy prozę uważał się za Litwina piszącego po polsku.
IG: - Czy pobyt w Ameryce w
jakiś sposób pokazał Panu inny model - że może Pan być
zarazem Litwinem i Polakiem?
CM: - Tak, oczywiście. Istnieje Amerykańskie Stowarzyszenie Bałtów, którego jestem honorowym członkiem, bo urodziłem się na Litwie. I ci Bałtowie - Estończycy, Łotysze, Litwini - urządzają wieczory kulturalne. Zaprosili mnie, abym czytał wiersze po angielsku, bo oni inaczej nie mogą się porozumieć ze sobą.
IG: - Pana wspomnienie z
dzieciństwa to wspomnienie pięknej natury, nostalgiczna
wizja pejzażu całkowicie sielskiego.
CM: - Moje dzieciństwo nie było znowu takie sielskie, przeżyłem przecież rewolucję rosyjską jako dziecko w Rosji. W każdym razie, najszczęśliwszy chyba okres mojego życia to było po przyjeździe z Rosji. Miałem siedem, osiem lat, pamiętam, byłem sam w parku, bawiłem się cudownie, wspaniale, nie potrzebowałem żadnego towarzystwa.
Miałem bardzo silny kompleks klasowy, który wyraźnie determinował moje opcje polityczne. Miałem poczucie pewnego wyrzutu sumienia - klasowego, bo należałem do warstwy eksploatatorów. I mnie się wydaje, że u wielu tamtejszych Polaków ten właśnie kompleks decydował o optowaniu na rzecz Litwy.
IG: - W "Roku myśliwego"
wspomina Pan, że już jako dziecko patrzył z nostalgią na
te wzgórki, drzewa, na tamtejszy krajobraz...
CM: - Tak, byłem pod wpływem literatury romantycznej. Zbadanie tej literatury, którą się czyta w dzieciństwie, pokazałoby, jaki ma ona ogromny, niesamowity wpływ na nasze życie. Np. przeczytałem jako dziecko o tym, co się zdarzyło, kiedy Fryderyk Barbarossa zdobył Mediolan.
I wszystkie moje odruchy współczucia z ludźmi krzywdzonymi można powiązać, idąc wstecz, z tym głębokim płaczem nad losem Mediolanu w średniowieczu.
AM: - Wielokrotnie w
swoich wierszach, esejach, książkach odbudowywałeś ideę
Wielkiego Księstwa Litewskiego, którego czujesz się
duchowym obywatelem i spadkobiercą, rezultatem tego
styku kultur, tego amalgamatu różnorodności.
CM: - Poruszasz sprawę, która jest dla mnie dosyć żenująca. To Wielkie Księstwo, które istniało za mojego życia, to było właśnie księstwo Rodziewiczówny, tych dworków i zaścianków, albo wielkich ziemian, tzw. żubrów. Mówiłem więc o Wielkim Księstwie Litewskim w poczuciu, że to jest konstrukcja umysłu oparta na całkowitym przeciwstawieniu się tym dworkom i zaściankom.
AM: - Jak przeżywałeś koniec
komunizmu na Litwie?
CM: - Bardzo emocjonalnie. Widzę to tak, że Litwini przez te wydarzenia koło stacji telewizyjnej jakby stworzyli swój mit, ten wkład krwi w odzyskanie ojczyzny. [W styczniu 1991 roku radzieccy komandosi zaatakowali ludzi broniących dostępu do wieży telewizyjnej w Wilnie; zginęło dziesięć osób, ok. 140 zostało rannych - przyp. red.] Zresztą wszystkie moje podróże na Litwę były o tyle pesymistyczne, że widziałem, jak głęboko siedzi ten cały system.
AM: -A jak wyglądały Twoje kontakty
z Litwinami w ostatnich latach?
CM: - Sympatycznie. Jest idea utworzenia "Fundacji miejsca urodzenia Miłosza", energicznie popierana przez administrację rejonu kiejdańskiego. Parkiem mają się zająć botanicy z Uniwersytetu Kowieńskiego, a dwór ma być odbudowany i służyć jako miejsce międzynarodowych spotkań badaczy tych problemów, które poruszałem w swoich książkach. Dobra idea.
Kiedy Landsbergis był u władzy, starałem się bardzo o wydanie pamiętników Michała Romera, który z legionisty-piłsudczyka stał się Litwinem i rektorem Uniwersytetu Kowieńskiego. Proponowałem, żeby Litwini razem z Polską Akademią Nauk wydali tę ważną książkę, która daje wgląd we wszystkie sprawy wiążące się ze stosunkami polsko-litewskimi. Z kolei prezydent Brazauskas dał mi najwyższe odznaczenie, order Gedymina Wielkiego. Bardzo jestem dumny z tego orderu.
AM: - Mam wrażenie, że stale
zmagałeś się z literackim wzorem Mickiewicza.
CM: - Chyba jednak nie. Dla mnie
Mickiewicz był bardzo podwójny, z jednej strony lubiłem
pierwsze wiersze, Ballady, Pana
Tadeusza , natomiast strona mesjanistyczna, Mickiewicz jako wielki duch romantyczny - to było mi raczej obce.
AM: - Czujesz się bliżej
oświecenia niż romantyzmu?
CM: - Tak. Tym, co mnie zachwycało w języku, był Krasicki, Trembecki, wiersz XVIII-wieczny. Te romantyczne dziwactwa mnie nie obchodziły, dlatego nie myślałem o wejściu w pantofle Mickiewicza. Natomiast bardzo wcześnie poczułem związek z tym Mickiewiczem oświeceniowym. A do tego nurtu w jego twórczości zaliczam
też Ballady i romanse .
AM: - Czy ten spór oświecenia i
romantyzmu ma, Twoim zdaniem, jakieś kontynuacje w
dzisiejszej Polsce?
CM: - To trudna sprawa. Zasadniczo wydaje mi się, że inteligencja polska jest silnie laicka i pozytywistyczna, a więc powinna mieć związki z oświeceniem. Jednak romantyzm tak wszystko rozsadził, że nie ma tej ciągłości.
Tuż po wojnie "Kuźnica" chciała nawiązywać bezpośrednio do oświecenia, ale to trwało krótko. Zaraz ich rozpędzili i nawiązywanie do oświecenia zniknęło.
AM: - Jest tu pewna
sprzeczność: z jednej strony lubisz oświecenie, z
drugiej - jesteś przecież poetą metafizycznym, który
świetnie wie, że racjonalizm człowiekowi nie
wystarcza.
CM: - Moje zainteresowania metafizyczne bardzo mnie różnią od współczesnych polskich pisarzy. Natomiast w Ameryce reagują na moją poezję bardzo żywo ludzie o usposobieniu, powiedzmy, metafizycznym, religijnym. Nie widzę sprzeczności pomiędzy pewną sympatią do oświecenia a tym nurtem. Zresztą u Mickiewicza one też się ze sobą łączą.
AM: - Teraz w Polsce istnieje
szkoła, która z Mickiewicza robi pisarza głęboko
antyeuropejskiego - złej, grzesznej, skorumpowanej
Europie przeciwstawia on cnoty elementarnej polskiej
prowincji, zaściankowości. Mówiąc w skrócie, z
Mickiewicza robi się symbol Polski zapeklowanej - stawia
się go na równi z Rodziewiczówną. A on Rodziewiczówną,
jak wiemy, nie był.
CM: - To jest uwaga pierwsza. A uwaga druga jest taka, że porządek kultury jest różny od porządku polityki. Amerykańscy prezydenci nie są wybitnymi humanistami ani koneserami literatury czy malarstwa. Od humanizmu są pisarze, poeci i społeczeństwu amerykańskiemu to nie szkodzi.
AM: - Jaką rolę, Twoim
zdaniem, odgrywa dziś w krajach postkomunistycznych
inteligencja? Który wzór wygrał? Czy inteligenta, który
brał na siebie odpowiedzialność, czy Gałczyńskiego,
który ośmieszał inteligencję i jako pierwszy wprowadził
do polskiej literatury, do polskiej duchowości
nih ilizm śmiechu. Jak myślisz, czy
paradoksalnie spadkobiercą Gałczyńskiego nie jest Urban
ze swoim tygodnikiem "Nie"?
CM: - Przede wszystkim muszę powiedzieć, że mam wielki szacunek dla Gałczyńskiego jako poety i nie wiem, czy Gałczyński był poetą cynicznym. Z drugiej strony, dla mnie powodzenie Urbana jest czymś dość przerażającym, gdyż dowodzi zupełnego chaosu pojęć i chaosu wartości. I to prowadzi nas do młodego pokolenia, które mnie bardzo niepokoi, bo sprawia wrażenie całkowicie zagubionego. W każdym razie sądząc z poezji. Dla nas, poetów, przypomnieniem o hierarchii spraw ważnych i nieważnych jest poezja Josifa Brodskiego. Zakłócenie hierarchii - to chyba w Polsce nagminnie się szerzy.
AM: - Sądzę, że Urban jest tak
silny dlatego, że to, co jest po drugiej stronie, jest
tak niemądre.
CM: - To prawda, że z jednej strony mamy pewien typ recepcji kultury zachodniej w jej najgorszej, najbardziej prymitywnej postaci, z drugiej - mentalność zapeklowaną, rodem z Rodziewiczówny. I stąd bezbronność młodego pokolenia, które otrzymuje popłuczyny Zachodu.
IG: - Wielokrotnie
wypowiadał się Pan przeciw zachodnim nowinkom. Tymczasem
znajduję u Pana stwierdzenia rodem z francuskiej
dekonstrukcji, dla której Holocaust wcale nie jest
zaprzeczeniem kultury europejskiej. W "Roku myśliwego"
pisze Pan, że hitleryzm nie był aż tak wyraźną cezurą w
kulturze Niemiec, że związany był z przeciwieństwem
czyste-brudne, wysokie-niskie, kulturalne-barbarzyńskie.
Czy te przeciwieństwa są różne od hierarchii
rzecz y ważnych, którą Pan tak chwali u
Brodskiego?
CM: - To jest pytanie bardzo istotne. Mnie się wydaje, że żeby robić takie rzeczy, jak Niemcy robili, trzeba wydać Bacha. To jest w jakiś sposób połączone - ten zmysł konstrukcji, struktury, hierarchii. I być może istnieją ukryte, podziemne nici łączące to wysokie-niskie i czyste-brudne. To jest przerażający wniosek. Ale to jest możliwe.
AM: - W Twoich książkach
czy wierszach jest zawsze obecna taka duma wygnańca, a
jednocześnie szalona potrzeba zakorzeni enia.
CM: - Brodski, który postawił sobie za punkt honoru zachowywać się normalnie, jakby było wszystko jedno, czy jest w Petersburgu czy w Nowym Jorku, o wiele silniej zakorzenił się w Ameryce niż ja. Bo ja pozostałem tutaj w pewnym sensie samotnikiem, w literackim San Francisco jestem bardzo izolowany.
To, co stanowi treść moich książek
i o czym rozmawiamy tutaj, to są bajki o żelaznym wilku
dla Amerykanów. Nawet najbardziej wykształconych. We
wstępie do Ziemi Ulro wręcz napisałem: książka była pisana po polsku, to nie jest dla ciebie, czytelniku amerykański, odłóż ją, bo cię to znudzi.
AM: - Kiedy czytam Twoje
książki, zdaje mi się, że z niesłychaną konsekwencją
trzymasz się kilku swoich tematów, tego swojego
gospodarstwa pisarskiego. W Berkeley pisać o Wielkim
Księstwie Litewskim to tak, jak w Paryżu pisać historię
Kaszubów. Czy "Widzenia nad Zatoką San Francisco" wyszły
po angielsku?
CM: - Tak.
AM: - I jak zostały
przyjęte?
CM: - Poszczególne rozdziały tej książki są ciągle reprodukowane w różnych antologiach. Ale recenzje na ogół były dość głupie. Przeważnie pisano, że to książka Europejczyka o Ameryce. Jeszcze jedna książka Europejczyka o Ameryce. Był tylko jeden bardzo dobry, przenikliwy artykuł - "Diabeł i mister Miłosz".
AM: - Jest jeszcze coś, co
mnie zawsze fascynowało - Twoja książka o Brzozowskim
"Człowiek wśród skorpionów". Ale to już jest pytanie nie
o literaturę, tylko o los. Otóż mam wrażenie, że
postanowiłeś napisać książkę o pisarzu, który został
strasznie opluty, tak samo jak Ty, gdy znalazłeś się na
emigracji.
CM: - Może to było podświadome dążenie. Bo mnie zdarzyła się przygoda okropna. Zimna wojna to były dwa olbrzymy, które podzieliły świat i płatały sobie figle, wysyłając szpiegów i organizując radiostacje nadające program na teren wroga itd., itd. A tu naiwny, durny poeta wszedł pomiędzy ostrza potężnych szermierzy. Z jakim rezultatem? Tu byłem podejrzewany, że jestem wtyczką. A kiedy przyjechałem do Warszawy w 1950 roku, wszyscy mnie się bali: "Musi być bardzo silny, skoro sobie na to pozwala, bo chyba nie byłby takim wariatem, żeby się wychylać, gdyby nie miał najwyższych powiązań". Czyli pijane dziecko we mgle wrabia się samo w taką sytuację, z której właściwie jedynym wyjściem wtedy było samobójstwo.
AM: - Pamiętam, jak się
poznaliśmy - zaprowadziłeś mnie do takiej restauracji w
Paryżu na kolację i powiedziałeś, że to jest
restauracja, do której przychodziłeś codziennie we
wczesnych latach 50., kiedy bez przerwy myślałeś o
samobójstwie.
CM: - To były okropne czasy.
AM: - Czy zatem emigracja
była ucieczką od samobójstwa, czy częściowym
samobójstwem?
CM: - Kiedy dzisiaj patrzę wstecz, to właściwie nie należało tego robić. To zbyt niebezpieczne - w tamtym okresie taka operacja, przeskoczenie z jednej strony żelaznej kurtyny na drugą.
AM: - Ale dzięki temu
napisałeś "Zniewolony umysł".
CM: - No pewnie. Przyparty do muru nie miałem wyjścia.
AM: - Powiedziałeś mi, że
Twoja przygoda była przygodą głupiego Jasia, który
zawsze robił nie to, co mu radzili starsi i mądrzejsi,
tylko jakieś szalone głupstwa pozbawione sensu i
racjonalności. I tak robił, robił - aż doszedł do
Nagrody Nobla. Gdybyś dziś, u schyłku XX wieku, miał
powiedzieć w skrócie, co w tym wieku Ci się wydaje
najbardziej znaczące, co wskazałbyś oprócz zapachu lasów
na Wileńszczyźnie?
CM: - Byłem świadkiem wielu przewartościowań - rzeczy, które ludziom wydawały się ważne, okazywały się nieważne. Z tego powodu jestem ostrożny, również patrząc na swoją własną twórczość. Nigdy nie wiadomo, dzięki czemu zostajemy w historii literatury. I tak samo jest z XX wiekiem - jeszcze nie mam dystansu, jeszcze się to dziesięć razy przekoziołkuje w jedną i drugą stronę, to wszystko, co się działo w naszym stuleciu.
Ale, ale, dlaczego wy mnie tak traktujecie, jakbym ja był jakimś mędrcem, który ma odpowiedź na wszystkie pytania?
IG: - Bo Pan jest mędrcem.